4 minuty czytania • 13.03.2024 18:43
Zimny prysznic dla prezydenta Żuka. Minister sportu nie da pieniędzy na nowy stadion żużlowy
Udostępnij
KOMENTARZ Sławomir Nitras z Platformy Obywatelskiej mówi partyjnemu koledze Krzysztofowi Żukowi, że ten nie ma co liczyć na dofinansowanie z ministerstwa na „wielofunkcyjną halę” nad Bystrzycą. Znalezienie 300 mln zł na stadionu będzie dla prezydenta dużym wyzwaniem w kolejnej kadencji. O ile w ogóle wykonalnym.
Nowy stadion żużlowy był dla prezydenta Żuka paliwem wyborczym na finiszu kampanii w 2018 roku, gdy walczył o trzecią kadencję. Wystarczyła obietnica, by rozpalić wyobraźnię i oczekiwania miłośników czarnego sportu. Stadionowego paliwa wystarczyło na pewne wygranie kampanii prezydenckiej, ale potem temat „lekkiej hali otoczonej zielenią„, jak eufemistycznie prezydent nazywa stadion żużlowy, przygasł, ale płomień przez ostanie lata był umiejętnie podtrzymywany. Bo żużel w Lublinie to niemal religia.
Formalnie – trwają intensywne prace koncepcyjne (miasto wydało na koncepcję 7,4 mln zł), a prezydent od pięciu lat, co jakiś czas, wypuszcza sygnały, że temat jest jak najbardziej priorytetowy i miasto pewnie trzyma na rękę na pulsie. W utrzymywaniu w tej wizji nie przeszkadza prezydentowi ani miażdżący raport NIK, ani kłopoty z pobliską Lubelską Akademią Futbolu wybudowaną przez miliardera Zbigniewa Jakubasa, która ze względu na położenie na podmokłym nadrzecznym terenie kosztowała biznesmena dwa razy więcej niż pierwotnie zakładał. Jakubas przyznał, że już drugi raz nie dałby się namówić na finansowanie Akademii w tym miejscu.
Sukcesy tak trwałe jak grunt nad Bystrzycą
Ale kto bogatemu zabroni? Tym bardziej bogatemu Lublinowi, który – choć zadłużony na około 2,2 mld złotych – wciąż ma aspiracje być w ekstraklasie nie tylko żużlowej, ale i metropolitalnej. Mamy już wymarzony Dworzec Lublin za 340 mln zł, dlaczego nie mielibyśmy mieć stadionu za kolejne 300 mln zł?
Wszak jego brak to jeden z najbardziej palących problemów lublinian. Tych czekających codziennie na przystankach na autobus (przyjedzie – nie przyjedzie), na światłach (zmieni się – nie zmieni) czy jeżdżących po ulicach (wpadnę w dziurę – nie wpadnę). Wielkich aspiracji gasić – szczególnie przed wyborami – nie wolno. Byłaby to więcej niż zbrodnia – byłby to błąd. Dlatego żużlowa epopeja trwa w najlepsze. Choć z drugiej strony gdyby sam prezydent miał dostatecznie dużo determinacji i decyzje w sprawie wielofunkcyjnej hali zapadały tak szybko, jak choćby w sprawie budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego, to sportowy obiekt nad Bystrzycą cieszyłby oczy i uszy kibiców czarnego sportu już w tej kadencji.
Ale w poniedziałek ta narracja została poważnie zakłócona. Cios w plecy został wyprowadzony, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, z niespodziewanej strony. Znaczy wiadomo, że z tyłu, ale chodzi o właściciela ręki, która trzymała zdradziecki nóż. Brutusem okazał się Sławomir Nitras, kolega Krzysztofa Żuka z PO. W wywiadzie dla Kanału Sportowego, przy okazji dyskusji o finansowaniu sportu i infrastruktury sportowej z publicznych pieniędzy, minister sportu jasno dał do zrozumienia, że pieniędzy na nowy obiekt w Lublinie nie będzie. – Gdy po roku sukcesów, wiemy na ile trwałych, w Lublinie chcą za 300 mln budować stadion żużlowy, to to jest zadanie samorządu – stwierdził z rozbrajającą szczerością minister Nitras, nawiązując do mistrzowskich tytułów Motoru Lublin.
A brutalna prawda jest taka, że bez pieniędzy z zewnątrz Lublina na tak gigantyczną inwestycję po prostu nie stać. Dlatego sięgniecie po ministerialne źródło wydawało się, przynajmniej do poniedziałku, najłatwiejszym sposobem na zgromadzenie przynajmniej lwiej części potrzebnych pieniędzy.
Na fali żużlowej gorączki, która w Lublinie, dzięki kolejnym awansom i tytułom mistrza Polski, trwa od kilku lat, nawet PiS w kampanii wyborczej, ustami samego Jarosława Kaczyńskiego, zapewniał, że budowa stadionu zostanie wpisana w program strategicznych inwestycji rządowych. Ale wybory za nami i PiS już nie ma narzędzi, by wyborczą kiełbasę przekuć w stadion z krwi i kości.
Nitras uderza w stół, Żuk odpowiada
Swoją wypowiedzią minister Nitras postawił w kłopotliwej sytuacji prezydenta Żuka, który po kolejnych zwycięskich wyborach nie znajdzie w miejskim budżecie takich pieniędzy, by ruszyć z budową. Ale mimo niesprzyjających okoliczności prezydent próbuje robić dobrą minę do złej gry i zaraz po wywiadzie puścił oko do żużlowego elektoratu:
„Wielofunkcyjna hala, którą planujemy w Lublinie będzie służyć żużlowi, ale również sportom zespołowym czy też lekkoatletyce a także innym wydarzeniom publicznym, na przykład koncertom. Taki obiekt będzie więc miał znaczenie ponadregionalne (ogólnopolskie). Wierzymy, że nasze argumenty, poparte opiniami związków sportowych, przekonają Ministerstwo do koncepcji i funkcji, jakie chcemy nadać temu obiektowi.
Natomiast dziś jest za wcześnie, by mówić o konkretnych kwotach dofinansowania. Trwa bowiem proces projektowania tego obiektu, stąd nie mamy jeszcze ostatecznego kosztorysu, który mógłby być podstawą do składania wniosku o takie dofinansowanie.”
Powyższy wpis prezydenta na jego profilu na Facebooku pokazuje, że po pięciu latach od złożonej obietnicy tak naprawdę projekt wciąż stanowi finansową i funkcjonalną zagadkę. Nie wiemy, ile będzie kosztował (nie mówiąc już o tym, ile będzie kosztowało późniejsze utrzymanie stadionu). Dorzucanie kolejnych funkcji, jak chociażby lekkoatletycznej (całkiem nowy stadion przy al. Piłsudskiego nie spełnia roli?), pisanie o koncertach, gdy pobliska Arena Lublin oprócz meczów Motoru świeci pustkami, może i ładnie wygląda we wpisie, bo papier (internet) przyjmie wszystko, ale w końcu ktoś powinien powiedzieć „sprawdzam”. Bo może się okazać, że prezydent Krzysztof Żuk gra słabymi kartami.
Na zdjęciu: grudzień 2023. Żużlowcy Platinum Motor Lublin wręczają Krzysztofowi Żukowi „kevlar we wspaniałej gablocie” z okazji zdobycia tytułu Drużynowego Mistrza Polski (Fot. Krzysztof Żuk FB)

Ten artykuł został wsparty przez program grantowy „Media lokalne na rzecz demokracji” Journalismfund Europe

