Wesprzyj Kontakt

7 minuty czytania  •  20.02.2024

Walentynkowy prezent od Putina dla Łucka. Pierwszy alarm rakietowy o 5 rano

Udostępnij

Nagle zaczyna wyć telefon. Ekran jest czerwony. Kobieta sprawdza, gdzie ogłoszono alarmy rakietowe i pod nosem mówi: – Znowu krąży jakaś k…a.

Centralny plac Łucka. Godzina 9 rano. Z głośników rozbrzmiewa hymn Ukrainy. Niektórzy przechodnie przystają i słuchają. Większość jednak idzie dalej. Jak spojrzeć na to z boku, to w Łucku, niespełna 100 km od polskiej granicy nie widać wojennego napięcia. Życie toczy się normalnie. Ludzie chodzą do pracy, kursuje komunikacja, sklepy są otwarte. Bary i restauracje pełne klientów. Tylko że zamykają się wcześnie, bo ok. 22.30. Kiedy wybije północ, zacznie się godzina policyjna.

Tu wojny nie widać. Za to ją czuć. Tak jak w drodze od polskiej granicy. Ale czego się człowiek spodziewał? Czołgów na przejściu granicznym? Po 20 minutach jazdy samochodem jest pierwszy wojskowy punkt kontrolny. W drodze do stolicy obwodu wołyńskiego będzie taki jeszcze jeden. Widać uzbrojonych żołnierzy, nie zatrzymują samochodów, można przejechać spokojnie.

26 pocisków

14 lutego święto zakochanych. Wiele osób na walentynki wybrało się na miasto na kolacje. Potem poszli do domów. Kilka godzin później Ukraina dostała „walentynkę” od Putina. O godzinie 5 rano w Łucku rozległ się alarm rakietowy. Zasady są takie, że natychmiast trzeba zejść do miejsc ukrycia – piwnic i schronów. Przy wejściu do Teatru im. Tarasa Szewczenki na ścianie jest powieszona biała tablica z czerwonym napisem „ukrycie”.

Teatr w Łucku i tabliczka informująca o miejscu ukrycia w przypadku ataku (Fot. sko)

Mieszkam w takim miejscu, gdzie na początku nie było dobrze słychać tych alarmów. Pisałam w tej sprawie do mera, żeby to zmienić, żeby alerty i tu były głośne. Teraz są tak głośne, że żadnego nie można przeoczyć – mówi Maya Golub, dziennikarka z Łucka. O 5 rano zerwał ją z łóżka taki alert.

Tego dnia rakiety poleciały na Kijów, Zaporoże, Dniepr i Lwów. „Zagrożenie rakietowe w związku z wystrzeleniem rakiet manewrujących z samolotów Tu-95MS. Nie ignorujcie powietrznych sygnałów (…) Apelujemy o niefilmowanie i niepublikowanie w sieci pracy naszych obrońców! Dbajcie o swoje bezpieczeństwo. Kryjcie się w schronach w czasie powietrznego sygnału ostrzegawczego” – podał mer Kijowa.

Obrona przeciwlotnicza dobrze poradziła sobie z tym atakiem, ale mamy jedno trafienie w obiekt infrastruktury. Fala uderzeniowa wybiła okna w budynkach mieszkalnych przy ulicy Naukowej, dotknęła także szkołę. Służby ratunkowe są na miejscu. Ustalamy konsekwencje ataku” – informował potem burmistrz Lwowa Andrij Sadowy i wyliczał, że nad tym obwodem przeleciało 10 rakiet.

Trzy godziny po alercie w Łucku wojsko już oficjalnie podało, że Rosjanie w nocy wystrzelili 26 pocisków: 12 rakiet manewrujących z samolotów strategicznych TU-95MS, 6 rakiet balistycznych „Iskander-M”, 2 rakiety manewrujące Kalibr, 4 kierowane rakiety powietrzne Ch-59 i 2 przeciwlotnicze rakiety kierowane S-300.

Ktoś nie zszedł do schronu

Tym razem atak ominął Łuck. Ale ludzie dobrze wiedzą, że nie zawsze miasto może mieć takie szczęście. Ostatnie potężne uderzenie miało miejsce latem. Rakieta zniszczyła fabrykę łożysk. – Zasada w zakładach pracy jest taka, że kiedy tylko jest alarm, każdy ma porzucić swoje zajęcie i zejść do miejsca ukrycia. Tym razem jedna osoba nie zeszła – słyszymy od mieszkanki Łucka, a inna wylicza, że rakiety trafiały też wcześniej w lotnisko czy bazę paliwową. – Nigdzie tam nie wejdziecie. Wszystko jest pozamykane – tłumaczą Ukraińcy i wyjaśniają, że teraz miejsca trafień można ujawnić, ale zaraz po ataku tego się nie robi. Choć każdy w Łucku dobrze wie, gdzie spadły rakiety. Media podają informacje dopiero po oficjalnym komunikacie armii.

Obudziłam się w nocy. Leżałam i nie mogłam wstać. Cała się trzęsłam. Czekałam tylko, aż wybuchy miną – wspomina jeden z ataków mieszkanka Łucka.

15 lutego. Kolejny alert o godzinie 13. 16 lutego – następny – około godziny 15. Telefon komórkowy zaczyna wyć. Kobieta bierze go do ręki, a ekran jest czerwony. Szybko stara się ustalić, czy to coś poważnego, czy rakieta przeleci nad głowami, czy ma tu uderzyć. Na ekranie smartfonu wyświetla się mapa Ukrainy z zaznaczonymi obwodami. Niemal wszystkie są czerwone. – Te dwa ostatnie na szaro też zaraz będą czerwone. Chce wiedzieć, czy mam dzwonić do dziecka i kazać mu się ukryć. Wygląda na to, że rakiety teraz jednak tylko przelecą. Mówimy tu, że znowu krąży jakaś k…a – przy ostatnim zdaniu ścisza głos, bo przecież damie nie wypada tak mówić. Nawet na ruską rakietę.

Centrum Łucka (Fot. sko)

Bo ludzie starają się tu żyć normalnie. W centrum handlowym jest sklep ze słodyczami. W bajecznej witrynie wielkie lizaki przesuwają się to w górę, to w dół. W centrum miasta dzieci mogą przejechać się kolorową kolejką i zrobić parę kółek. Jeszcze stoi kilka świątecznych straganów.

Ale żyć normalnie jest trudno. Mieszkańcy Łucka mają pod łóżkami zapasy wody. Powerbanki mają stale naładowane, bo już się zdarzyło, że nie było prądu. W każdym domu jest zapas jedzenia.

W sklepach generalnie wszystko jest i niczego nie brakuje. Na początku faktycznie rzeczy od razu znikały. Potem zabrakło tego, co sprowadzaliśmy z Rosji. W to miejsce jednak od razu weszły polskie produkty – opowiada. I faktycznie, w sklepach są polskie sery, napoje czy płyn do mycia naczyń, albo koncentrat pomidorowy. Często wszystko jest opatrzone polskimi nazwami i informacjami.

Początek wojny nie był taki łatwy. Ludzie rzucili się do sklepów. Stanęli w kolejkach do bankomatów, żeby wyjąć gotówkę. Tankowali na zapas.

Wyszłam na ulice. Przed bankomatem stało jakieś 400 osób. Przed sklepami też były kolejki. Cieszyłam się, że mam w domu jeszcze kawałek kiełbasy – mówi Maya Golub.

24 lutego 2022

To był czwartek. Tego dnia Rosja otwarcie zaatakowała Ukrainę. Maya Golub spała. – Usłyszałam dwa duże wybuchy. Poczułam je raczej. Pomyślałam od razu, że coś się stało na lotnisku. Wiedziałam, że zostaliśmy zaatakowani. Wcześniej przez miesiąc byłam w Mołdawii na stażu dziennikarskim. Codziennie mnie tam pytali o to, kiedy będzie wojna. W mediach mówili, że atak ma nastąpić 17 lutego. Tego dnia jechałam autokarem z Mołdawii do Kijowa, a tam już była ciężka atmosfera. Wiadomo już było, że coś się wydarzy. Bardzo chciałam, żeby wojny nie było.

Kiedy usłyszałam wybuchy w Łucku, zerwałam się na nogi i sięgnęłam po telefon. W internecie mnóstwo informacji. Spływały kolejne. W końcu przyszło oficjalne potwierdzenie o Rosyjskim ataku. Teraz jak się zastanawiam, to przez myśl mi nigdy nie przeszło, żeby wyjechać za granicę. Mam chorego ojca. Nie mogę go zostawić. Ale mam znajomych w Polsce i Francji.

Maya Golub (Fot. sko)

Wojna trwa od 2014 roku, ale kiedy zaczęło wybuchać w Łucku, to ona cię dosięga. To zmienia życie. Zwłaszcza jak giną ludzie, których znasz. Kiedy na Facebooku piszą, że wszystko będzie w porządku. A potem umierają. To taki moment utraty wiary. Ale nie możesz sobie na to pozwolić. Wiesz, że musisz walczyć.

Spał też Jurij Horbach. Mówi, że w domu ma solidne, plastikowe okna, ale i one zaczęły drżeć. – Zrozumiałem, że do pracy nikt nie pójdzie. Z żoną czytaliśmy w internecie, co się dzieje. Dzieciom powiedzieliśmy, że zaczęła się wojna. Starszy syn miał 4 lata i zrozumiał. Młodszy nie do końca. Rozmawiałem z nimi. Mówiłem, że Rosja, że wojna, że rakiety spadają. O godzinie 9 wyszedłem na ulice. Kolejki przed bankomatami i sklepami.

Pierwsze pół roku to był ciągły strach. Było realne zagrożenie, że dojdzie do wielkiego ataku ze strony Białorusi. Tutaj tego ludzie obawiali się najbardziej. Nie Rosjan idących ze wschodu, ale właśnie z Białorusi.

Nie mam żalu do tych, którzy wyjechali. Nawet do mężczyzn. Dopóki mamy tu siły i rezerwy, to niech będą za granicą. Kiedy trzeba będzie, to wrócą. Kiedy będzie trzeba, to wszyscy będziemy na froncie.

Coś tu może pęknąć

Łuck i Wołyń jak cała zachodnia Ukraina to miejsca, do których uciekają ludzie ze wschodu kraju. Uchodźcy szli nie tylko do Polski, ale zatrzymywali się na tych terenach. Przyjęci zostali tutaj jak swoi. Ale do końca swoi nie są.

Mimo że uciekli przed walkami i rosyjskimi rakietami, to są za Rosją. Mieszkańcy Łucka mówią, że zdarza im się od przesiedleńców słyszeć: kiedy przyjdą tu nasi, to…

Mówią to po rosyjsku. I to ich wyróżnia, bo zachód kraju jest ukraińskojęzyczny. – Znajomy z pracy, człowiek ze wschodu niedawno powiedział, że chciałby, aby ekspedientka w sklepie się do niego uśmiechała, kiedy robi zakupy i mówi po rosyjsku. Coś we mnie wybuchło. Nic nie powiedziałam, ale zadzwoniłam do Służby Bożej – słyszymy jedną z opowieści. Kobieta miała na myśli SBU – Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy.

Ukraina to wielki kraj. Ponad 41 mln mieszkańców. Jedność w walce jest. Ale też trudna do wywalczenia.  Jurij Horbach, dyrektor tej ukraińskiej organizacji Siła Prawdy wyjaśnia, że przyczyn jest kilka. Po pierwsze nadal, blisko granicy z Białorusią, jest silny wpływ Cerkwi moskiewskiej sprzyjającej Kremlowi.

Po drugie jest białoruska propaganda. Mieszkańcy z terenów bliżej granicy z Białorusią cały czas odbierają tamten sygnał telewizyjny i chłoną ten obraz świata – opowiada Horbach.

Ale coś może, w związku z przesiedleńcami, pęknąć. – Jak tylko wróci to za dużo trupów naszych żołnierzy – słyszymy w Łucku.

Na zdjęciu: Centrum Łucka. Ludzie starają się żyć normalnie, ale to trudne kiedy w każdej chwili musisz być przygotowany na atak rakietowy (Fot. sko)

Tekst powstał w ramach projektu „Siła Prawdy”. Celem projektu jest walka z dezinformacją i fake newsami na styku polsko-ukraińskim. Projekt współfinansowany ze środków Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności w ramach programu Wspieramy Ukrainę, realizowanego przez Fundację Edukacja dla Demokracji.

2 odpowiedzi na “Walentynkowy prezent od Putina dla Łucka. Pierwszy alarm rakietowy o 5 rano”

  1. . pisze:

    „14 lutego święto zakochanych. Wiele osób na walentynki wybrało się na miasto na kolacje. Potem poszli do domów. Kilka godzin później Ukraina dostała „walentynkę” od Putina. O godzinie 5 rano w Łucku rozległ się alarm rakietowy. Zasady są takie, że natychmiast trzeba zejść do miejsc ukrycia – piwnic i schronów. Przy wejściu do Teatru im. Tarasa Szewczenki na ścianie jest powieszona biała tablica z czerwonym napisem „ukrycie”.”

    Na pewno chodzi o tegoroczny 14 lutego? Na alerts.in.ua w historii alarmów nie ma żadnego alarmu z rana 14 lutego w obwodzie wołyńskim.

  2. pishe 2 pisze:

    15 lutego był ałarm w obwodzie wołyńskim o 5 rano.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane artykuły

4 minuty czytania

16.04.2024

Dlaczego Jarosław Kaczyński w galerii handlowej obiecywał „darmowe pogrzeby emerytów”?

Jesteśmy w stanie zimnej cyberwojny z Rosją – ogłasza wicepremier…

3 minuty czytania

05.04.2024

1,5 mln zł kary dla lubelskiej firmy. Ukraińskie zboże sprzedawała jako polskie

Wielomiesięczne śledztwo pozwoliło ustalić, że jedna z lubelskich firm kupowała…

7 minuty czytania

05.04.2024

Węszą, mącą, dezinformują. Czego Rosjanie szukają w wyborach w Polsce

Kandydatom do samorządu zdarza się głosić prorosyjskie tezy. Ekspert od dezinformacji…

7 minuty czytania

20.03.2024

O malinach, drobiu i krzyżu, czyli rozmowy wojewody z rolnikami. Z Meklerem i Kowalskim w tle

Cięgi od rolników za bierność rządu zebrał jego terenowy przedstawiciel…

3 minuty czytania

20.03.2024

Rosjanie mają w Polsce żniwa. Wykorzystują protesty rolnicze

Trwające rolnicze protesty są polem do popisu rosyjskich trolli. Pracują…

6 minuty czytania

14.03.2024

Wojna w Ukrainie i piekło kobiet. „Wybierz jedną, albo my wybierzemy” [18+]

Nastoletnie córki były chowane w piwnicach i pod łóżkami. Kobiety…

4 minuty czytania

10.03.2024

„Polscy patrioci” nie lubią „śmierdzącego zachodu” i dlatego maszerują po Lublinie

Spotkaliśmy się tu, na tle symbolu parlamentaryzmu – takimi słowami…

4 minuty czytania

10.03.2024

Ukraińskie dzieci widmo. Nie wiadomo, ile miało chodzić do szkoły

Polska dobrze sobie poradziła z zapewnieniem nauki ukraińskich dzieci w…