Wesprzyj Kontakt

4 minuty czytania  •  21.06.2022

Tak wygląda moje miasto nocą. Niedowidząca z Lublina

Udostępnij

Wyrównywanie szans życiowych i zawodowych osób niepełnosprawnych wymaga podejmowania wysiłków w różnych sferach funkcjonowania człowieka. Osoba niepełnosprawna może być aktywna pod warunkiem wyeliminowania barier ograniczających tę aktywność.

z raportu „Dostępność budynków użyteczności publicznej

dla osób niepełnosprawnych w mieście Lublin 2015”

Lublin, ścisłe centrum, czerwcowa sobota. Transmisja opery w Teatrze Starym się skończyła, mecz Polska – Holandia jeszcze nie. Miasto tętni życiem. Kiedy słabiej widzę (a zdarza się to dość często, na przykład teraz), to trochę utrudnia dotarcie na przystanek. Deptak i plac Litewski są oświetlone nieco nastrojowo, co mój niezbyt sprawny zmysł wzroku zmusza do tyleż wytężonej, co często bezowocnej pracy.

Udaje mi się jednak wydostać z tłocznego deptaka i ominąć betonowych strażników fontann przy „I V LUBLIN”. Odzyskuję luz. Dalszą drogę znam na pamięć, powinno się obyć bez niespodzianek.

Ten artykuł powstał dzięki wsparciu finansowemu naszych czytelników

Wspieram

Przystanek przy Ogrodzie Saskim, 22.40. Na rozkładzie jeszcze rok szkolny. Najbliższy z czterech autobusów na Czechów za 18 minut.

Super wynalazek te elektroniczne tablice (te, które widać, bo na przykład ta na placu Wolności jest dla mnie nie do przeczytania w dzień, ale podobno nie tylko dla mnie). Wcześniej często nie miałam szansy sprawdzić rozkładu na przystanku. Teraz wiem mniej więcej, który w kolejce jest mój autobus i nie muszę już podbiegać do wszystkich. Za świecące się numery autobusów też ktoś powinien dostać nobla.

Po 10 „zegarowych” minutach na liczniku mojego pojazdu na tablicy mija wprawdzie dopiero 8, ale i tak pewnie będzie wcześniej. Zawsze jest. Trochę szkoda tych, którzy przyjdą na niego punktualnie, ale teraz mogą sobie spokojnie poczekać na nocny.

Lublin, aleje Racławickie nocą. fot. J. Gierak

Na razie stoimy. Stoi też chłopak. Właściwie próbuje ustać. Jest tak pijany, że trudno zmieścić się z nim na jednym przystanku. Na szczęście trafia na tablicę, przytula się do niej i wreszcie stoi naprawdę. Po kilku chwilach opuszcza jednak bezpieczną przystań i znów błąka się po przystanku, niepokojąco blisko krawężnika. Zatacza się, kilka razy zawisa nad ulicą. No nie, podejdę, posadzę go na murku i poradzę, żeby odpuścił sobie najbliższy autobus, przespał się i pojechał następnym. Nie wygląda na takiego, co reaguje agresją (prawdę mówiąc, w tej chwili w ogóle nie wygląda na takiego, który reaguje czymkolwiek). A jeśli…? Trudno, łatwiej sobie wytłumaczę podbite oko (choć jednak lepiej żeby nie w oko) niż to, że na moich oczach zginął człowiek, którego może mogłam uratować. W tym momencie chłopak zatacza się bardziej zamaszyście i upada. Zamieram. Na szczęście wstaje. Wygląda na przytomniejszego, nawet nieco pobudzonego. Tak, wyraźnie się obudził. Zbiera się w sobie i celuje w wejście do autobusu, który właśnie nadjechał. Bezbłędnie. Oddycham z ulgą. Człowiek nie zginął, autobus, do którego wsiadł, nie jest mój – wszystko skończyło się dobrze.

Zaraz mój autobus. – Na tym rozkładzie za minutę, na tamtym za sześć – słyszę. Nieźle nadrobił. Jest. Jedziemy.

Mija dwudziesta trzecia. Pani z głośnika zapowiada mój przedostatni przystanek, po czym oznajmia: „Kasowniki zablokowane, proszę przygotować bilety do kontroli”. Posłusznie przygotowuję swój, wsiadają kontrolerzy. Natychmiast podchodzi do nich chłopak i coś mówi. – To proszę przygotować dokumenty – uprzejmie odpowiada kontroler. Zaczyna się spisywanie. W milczeniu pokonujemy ostatnie metry do następnego przystanku i już nie niepokojeni wysiadamy. Ktoś obok mówi do swojej koleżanki: – Dzięki temu, że go złapali, uratował nas. To bardzo szlachetnie, ale ja nie mogę jeszcze tracić koncentracji. Jeszcze nie jestem w domu.

Przede mną schody, widoczne tak sobie, ale prowadzące w górę, znane i policzone. Niemniej trzeba uważać, bo na szczycie jest postój hulajnóg. Odstawiający nie zawsze trafiają na miejsce, a przejście dość wąskie. No dobrze, hulajnoga jest dopiero na kładce, ale ta jest dobrze oświetlona, więc pułapka się nie udaje. Jeszcze przejście i teraz najtrudniejsze – fragment Kiepury z niewielkim wiaduktem. Drogę znam na pamięć, przy barierce jest chodnik, obok ścieżka rowerowa. Ale jest naprawdę ciemno, a jeśli jeszcze oślepi mnie jadący z naprzeciwka samochód, całkiem stracę orientację. Trzeba uważać; mój spacer mogłaby zakończyć porzucona tu hulajnoga albo ktoś niezbyt pewnie idący czy jadący. Miasto nocą nie zawsze jest bezpieczne.

Lublin, ulica Kiepury nocą. fot. J. Gierak

Uf, udało się. Jeszcze kawałek i mijam aptekę. Jestem przed swoim blokiem. Do najbliższego wejścia mam najwyżej kilkadziesiąt kroków. Niestety, tędy nie pójdę. Z tej strony wcale nie ma latarni, a do zwykłych pułapek dochodzą zaparkowane wszędzie samochody. Jeden stoi tuż przed klatką. Widzą go Państwo? To tak, jak ja.

Sprawę ułatwiłoby kilka latarni gdzieniegdzie (oświetlających chodniki, a nie tylko ulice), plus żółte paski na krawężnikach i krawędziach schodów (żółty to ostatni kolor, jaki widzi człowiek tracący wzrok)… Ale to moja sprawa. Urzędnicy i radni na pewno mają dobry wzrok. Inaczej trudniej byłoby im pisać te wszystkie wspaniałe strategie i standardy, dzięki którym nasze miasto tak wciąż pięknieje. Trochę szkoda, że ja nie o każdej porze mogę to podziwiać.

Lublin, Czechów nocą. fot. J. Gierak

Obchodzę blok i wędruję do wejścia z drugiej strony. Oczywiście i tu są samochody (drogę do tego „parkingu” wskazali rodzice podwożący dzieci pod sam żłobek), ale latarnie też, więc nic a nic już się nie boję. Jestem w domu.


Przepraszam Szanownych Czytelników za jakość zdjęć, ale może dobrze się składa, że towarzyszący mi w tej wyprawie aparat fotograficzny niewiele przewyższa możliwości mojego aparatu wzroku.