Wesprzyj Kontakt

7 minuty czytania  •  01.10.2023

Salon Lublina jak dzielnica portowa. Mordobicia, pijaństwo, seks na ławce

Udostępnij

Dla Jawnego Lublina pisze Wojciech Januszczyk, pracownik Instytutu Architektury Krajobrazu KUL, właściciel pracowni projektowej Krajobrazy Sp. z o. o.

Do Ulicy Dewoloperów Lubelskich (dawniej Zielona), która swoją nazwę zawdzięcza wielkiemu rżnięciu tutejszych drzew, przylega boczna uliczka nazwana Krakowskim Przedmieściem.

Zapytacie, dlaczego boczna? W opowieściach o życiu marynarzy, których czytałem kiedyś wiele, to zazwyczaj w bocznych ulicach znajdują się zamtuzy, czyli miejsca gdzie kobiety czy mężczyźni obnażają się dla innych. Gdzie odbywa się picie, bicie po mordach, a stróże prawa nie pojawiają się zbyt często.

Mieszkam niedaleko, więc moje oczy i uszy regularnie cieszy dźwięk rozbijanego szkła i widok krwi na płytach spacerniaka. Niedawno odbywał się tu nawet publiczny stosunek płciowy. Filmom z tego zdarzenia, które obiegły internety, towarzyszyły hasła „Lublin Europejska Stolica Młodzieży” czy „Lublin Miasto Inspiracji”.

Był twórczy zryw, jest bylejakość

W tym miejscu warto przypomnieć, od czego zaczęła się turystyczna sława Lublina. Od wielkiego, oddolnego zrywu artystów, aktywistów i menadżerów kultury w walce o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Wiele z tych osób oddało wówczas miastu potężną część swojej energii i kreatywności. I choć ostatecznie Lublin tytułu nie zdobył, to miasto stało się rozpoznawalne.

Ilekroć mówiłem, skąd jestem, przez lata słyszałem „To, to miasto co ma taki bogaty program kulturalny” albo „To u was się odbywają te wszystkie dziwne festiwale” itp. Itd. To było to. To był strzał w dziesiątkę. Cieszyło mnie to, choć nie pochodzę z Lublina i nie brałem udziału w tym kulturalnym zrywie.

Lubię jak buduje się charakter miasta na energii jego mieszkańców. Ale czasami jakiś trybik się zepsuje, coś nie zadziała i coś się rozsypie. Więc i w Lublinie pięknie było do czasu. Do momentu aż ludzie, którzy nie mieli z tymi twórczymi procesami nic wspólnego, postanowili zarobić. W klasyczny polski sposób: jak najwięcej kasy, jak najmniej charakteru. Tak właśnie rodzą się i powoli wyłaniają, jak feniks z popiołów, Lubelskie Krupówki.

Strefa lubelskich fajterów

Swoją mapę sentymentalną zaczynam od zwężenia Placu Litewskiego i skrzyżowania z ulicą Staszica. Po lewej stronie zobaczycie Państwo strażników. Niczym posągi stoją tam trzej smutni panowie. Strażnicy klubu „Ostro” – swoją drogą ładna nazwa na początek spaceru. Ci duzi Panowie mierzą przechodniów srogim spojrzeniem. Tak by każdy, kto wchodzi wiedział, że może nie jest to Mordor, ale też łatwo nie będzie. Ten widok, kojarzący się raczej z dyskoteką nad jez. Białym, w samym środku metropolii lekko zastanawia.

Wchodzimy dalej, w świat uciech dla duszy i ciała. Po godz. 23 ten rejon staje się areną zmagań siłaczy i podskakiewiczów. To tu najczęściej odbywają się zwarcia i mordobicia okraszone słowami co kto komu i dlaczego zrobi. Strefa lubelskich fajterów kończy się tuż przy zjawiskowym, wiecznie brudnym i pobitym „oknie czasu”. A skrzyżowanie Staszica z deptakiem to też weekendowy parking dla motocyklistów i sportowych samochodów. Kierowcy wiedzą, że i tak nikt nie dodzwoni się wtedy do straży miejskiej.

Zapraszamy do burdelu

Przejdźmy kilka kroków dalej. Po prawej i lewej stronie ogródki z jedzeniem i napitkami. Jedzenie regionalne i narodowe: pizza, kebab i burgery. Jeszcze kilka kroków i trafiamy na panie i panów, którzy otaczają i namawiają. Do czego? Do wejścia do miejsca, z którym od kilkunastu lat państwo prowadzi nierówną walkę. I zawsze w niej przegrywa.

Przejść jest tędy trudno. Odrzucona propozycja drinka i gapienia się na cudze pośladki skutkuje tym, że nacisk jest większy i większy. Znam takich, którzy z tego powodu wolą przemieszczać się ulicą Deweloperów Lubelskich (dawniej Zieloną).

Sam miałem ciekawe przeżycie związane z tym zamtuzem. Swego czasu, idąc z ojcem Krupówkami Lubelskimi toczyliśmy rozmowę o życiu, rodzinie i moich dziecięcych latach. Nagle jak z podziemi wyrosła przed nami niewiasta. „Może wejdziecie Panowie na drinka i striptiz?” Zapytała. Wybity z melancholijnej rozmowy odpowiedziałem grzecznie podziękowałem. Ale te panie, i ci panowie, mają fundowane przez właściciela przybytku stopery do uszu. „Może jednak wejdziecie panowie?” – usłyszeliśmy jeszcze kilka razy. W końcu stanąłem i powiedziałem stanowczo „Proszę pani, spaceruję sobie z ojcem, wspominamy i mamy swój czas!”

„To świetnie” ucieszyła się pani, niczym nie zrażona „To może wejdzie pan z ojcem i razem się zabawicie u nas?

I tu już przestało być śmiesznie, a stało się zimno i ponuro. Zapytałem: „Czy to normalne, aby nagabywać na wejście do burdelu ojca z synem? Czy naprawdę nie ma refleksji nad taką propozycją?” Nie miała. Jedyna odpowiedź brzmiała: „To nie jest burdel”. A z bramy owego przybytku wyszli ochroniarze, kolejni strażnicy tej spokojnej bocznej uliczki. Zapytałem więc: „Czy będą mnie bili? Czy mogę się położyć, żeby się nie spocili za bardzo?”

Na straganie gęś, na ławeczce seks

Idźmy dalej, jest tu jeszcze kilka ciekawych miejsc. Po prawej mijamy kamienicę w wiecznym remoncie, kilka ogródków piwnych i nowo otwarty sklep z kadzidełkami i innymi pamiątkami z Zakopanego, przepraszam – Lublina. Przed tym sklepem swoje stoliki rozkładają straganiarze rodem z odpustów. Czego tam nie ma. Gęś Pipa, pluszowe kotki, szczekające pieski, urządzenia do pykania, baloniki na patyku. Naprzeciwko namiot z obrazami: jeleń na rykowisku, okręt pod pełnymi żaglami, wilk wyjący w pełnię księżyca i inne dzieła polskich i światowych fatalistów, batalistów i pejzażystów.

Sztuka, sztuką, ale za coś trzeba żyć. Obok fontanny Koziołka ulokowali się panowie i panie alternatywni i anarchistyczni. Wędrują od wnętrza Bramy Krakowskie na tutejsze ławeczki zbierając grosz do grosza na wino, a od palących wyciągają papierosy. Nie są sami, tuż obok mają konkurencję.

Tam, gdzie rozściela się dym i zapach mięsiwa z gruzińskiej restauracji, stoi sobie Pan. Stoi, słucha radia i tańczy. To lokalny performer. Czasami dołącza do niego pani. Też ma wianek z gałęzi i liści, i też tańczy w chocholim tańcu. Kiedyś była jeszcze jedna pani, która grała melodyjkę na cymbałkach. Już jej chyba nie ma. Zostali tancerze performatywni.

Ten fragment naszego spacerniaczka zasłynął ostatnio z jeszcze jednej atrakcji. Tuż pod murami pięknego budynku banku odbył się stosunek płciowy. Nie były to szare gołębie skalne, nie były to wróble, których w centrum już dawno nie ma. Nie były to psy ni koty. To byli ludzie. Pani z panem. W trakcie tego spektaklu prokreacyjnego słychać było okrzyki przechodniów i klientów okolicznych piwnych ogródków. Kreatywność i inspiracja dominowały w wiwatach na cześć aktorów.

Idziemy na rekord

Dalej mamy plac manewrowy Łokietka. Tam zawracają i parkują Bolty, Ubery i inne taksówki. Nic nikomu do tego, że walą przez przejście dla pieszych. W dzielnicy spod ciemnej gwiazdy żadne zasady nie obowiązują. Celowo nie wyliczam tu instytucji, które mają tu swoje siedziby, ale przecież nie mają wpływu na jakość przestrzeni. Wiem, że nie mogą nic z tym problemem zrobić, bo:

  1. To nie jest problem, ludzie tak chcą i wolny rynek też.
  2. Kończą pracę o 15 a ten cały burdel zaczyna się o 20, różnica w czasie to aż pięć godzin.
  3. Jak nie podoba ci się to nie chodź po takich dzielnicach.

Jeszcze tylko dodam do tego miodu to, że zaraz po drugiej stronie, na okrągłych ławeczkach znajduje się największe zgromadzenie panów i pań lumpów i pijaków na metr kwadratowy Lublina. Myślę nawet, że takich osiągnięć nie ma niejedna Izba Wytrzeźwień w naszym kraju. Idziemy na rekord.

Na nic prośby i apele

Jest na szczęście Brama Krakowska. To ten budynek, który w samym środku sezonu turystycznego ostał poddany remontowi. Żeby sobie turyści mogli robić ładne selfiaczki na Lubelskich Krupówkach, by wysyłać je w świat. Otóż ta Brama ma w sobie coś wyjątkowego. Myślę, że to duch. Genius Loci, który nie chce wpuścić tego całego bałaganu na Stare Miasto.

Od kilku lat ten patologiczny duch Krupówek Lubelskich pragnie przebić się na jej drugą stronę, ale dostaje odpór. Była tylko jedna knajpa, której udało się zrobić wyłom w spokoju i jakości Starego Miasta. Dyskotekowa muzyka waliła z głośników meksykańskiej restauracji, która zadomowiła się w lokalu po Czarciej Łapie. Dopadł ją jednak duch Bramy Krakowskiej i padła. Swoją drogą – ktoś powinien odpowiedzieć za zniszczenie tradycji Czarciej Łapy w tym mieście. Jednego z niewielu sensownych „turystycznych produktów”.

Nie będę apelował i prosił. Nie będę już dzwonił na policję czy Straż Miejską. I tak to nic nie zmieni. Czasami jestem ciekaw tylko, kto płaci za mycie krwi i rzygowin z głównego deptaka miasta Lublina. Miasta Kultury i inspiracji. Szkoda mi tylko tych, którzy je stworzyli kulturą i inspiracją. I pomstuję na tych, którzy nie potrafią powstrzymać tej bylejakości, chamstwa, małomiasteczkowości i jarmarczności.

Na zdjęciu: Deptak w Lublinie późnym wieczorem (Fot. Wojciech Januszczyk)

11 odpowiedzi na “Salon Lublina jak dzielnica portowa. Mordobicia, pijaństwo, seks na ławce”

  1. Mieszkaniec pisze:

    Szkoda, że tylko centrum opisane. Proponuję się przejść Peowiakow, Kościuszki… Tu jeszcze butelki fruwają, naćpane matoły z siekierami latają, kibice swoje „artystyczne” występy do 3 rano dają…
    Nie ma policji, a straż miejska jest widoczna tylko w ciągu dnia podczas wypisywania mandatów tym którzy parkują na postoju taxi i tyle, bo nawet czarne kleby dymu z kominów (wiadomo palony plastik itd) ich nie interesują… Bo po co?
    Festiwal Chamstwa Pijactwa i Prostactwa pod wspólnym patronatem Marszałka i Prezydenta Miasta

  2. kronikidewelorozwoju pisze:

    „Rozwój” Dziadogrodu w soczewce. Ale sK0ro karczmarze to druga po dewelo-burakach najważniejsza branża „gospodarki” (może wkrótce trzecia – P0 wejściu byznesu spalania śmieci z całej Europy) Detroit nad Bystrzycą, to będą tłuc kapuchę, ciesząc się statusem świętych krów, a przy okazji symbiotycznie zatętni też rynek garsonier, w których można będzie wymłócić studenciary bez konieczności eksponowania się na kamery jutuberów.
    PS. Fatalizm Autora jest całkowicie uzasadniony. Transformacja Koziego Grodu w raj dla cwaniactwa pod wodzą fanatycznego technokraty-neoliba zaszła za daleko, żeby zachować jakiekolwiek nadzieje na odwrócenie tych trendów – gangrena zdążyła się już praktycznie zinstytucjonalizować za pomocą rozbudowanej siatki koneksji personalnych.

  3. kronikidewelorozwoju pisze:

    PS. Zorganizowanie w centrum dzielnicy uciech ma jeszcze tą „zaletę”, że ci mieszkańcy tego rejonu, którzy mają możliwości finansowe, w poszukiwaniu spokoju zakupią apartamĘty na grodzonych dewelo-gettach na peryferiach, wspomagając „rozwój” – na wzór Detroit i wielu innych miast „rozwijających” się na neolibową modłę.

  4. Matka Joanna pisze:

    Jakie miasto taki deptak. Proponuje pojechsc do np. takiego Krakowa. To by sie autor zdziwil. I jakie rządy taka kultura. Jak to klasyk powiedzial . Szambo wybilo

  5. Piotr pisze:

    Wielu rodowitych lublinian wyjechało za granicę za czasów bandyckich rządów Tuska i Pawlaka w ich miejsce zajęła młodzież wiejska o innej charakterologii. Dlatego kiedy przyjeżdżam do Lublina czuje się obco

  6. ktoś tam pisze:

    Nocne życie w każdym mieście wojewódzkim ma swoje inby, nie ma co tu demonizować Lublina. Pomijając, że jest o wiele lepiej i chyba autor nie pamięta co się działo na deptaku circa 2010.

  7. kronikidewelorozwoju pisze:

    @ktostam – tia, „circa od 2010”, czyli od kiedy stery przejęło SłoneczK0 Rozwoju, które zadba o P0rządek i Dobrobyt jak nikt inny. Czuć dewelo-trolem z daleka. Tymczasem właśnie od 2010 dominuje filozofia zrobienia ze śródmieścia dzielnicy uciech, a anarchia stała się tolerowanym porządkiem nocy, bo „gospodarka” Dziadogródu m.in. karczmy i oraz żerowanie na studentach masowo zaciąganych z prowincji, którzy przecież „muszą się wyszumieć”. A że miejscowy „plebs” przez to cierpi, to taka K0nieczność dziejowa. Ważne, że jest kasa na obsadzanie Kadry w placówkach edu o mocno wątpliwym poziomie, z której to kadry wylęga się następnie „szlachta”, którą te problemy nie obchodzą, bo ta „szlachta” wyprowadza się gromadnie do okolicznych wsi, albo przynajmniej do grodzonych dewelo-gett.

  8. Jak ma być w mieście, z którym większość włodarzy i funkcjonariuszy służb porządkowych łączy tylko stosunek pracy?!

  9. Mieszkaniec pisze:

    Matka Joanna, rozumiem, że na ławeczce to Ty tam byłaś i jesteś wkurzona, że komuś nie pasi?

  10. ggjj pisze:

    A to, że kobiety pokazują się publicznie bez biustonoszy to już nikogo nie obraża

  11. K2 pisze:

    Lublin nie jest wyjątkiem, w innych miastach jest to samo. Ale fakt, zdziczenie smuci.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *