10 minut czytania • 14.02.2026 13:44
Yehuda Prokopowicz: Emocje są kluczową sferą współczesnej egzystencji, a muzyka klasyczna ma tych emocji najwięcej
Udostępnij
W XIX Konkursie Chopinowskim dotarł do półfinału. Zachwycił mazurkami, za które zdobył nagrodę specjalną Polskiego Radia. Zgarnął także Paszport Polityki – czytelnicy tygodnika docenili go za „umiejętność połączenia lekkości istnienia z uśmiechniętą melancholią utkaną w mazurkach Chopina”. Jutro przyjeżdża do Lublina, ale bilety na koncert w Centrum Spotkania Kultur zostały dawno wyprzedane.
Ten artykuł powstał dzięki Waszemu stałemu wsparciu.
zostań patronem: patronite.pl/jawnylublin
szybki przelew: jawnylublin.pl/wplacam
przekaż 1,5% podatku: KRS 0000428743, cel szczegółowy: Jawny Lublin
Na łamach naszego portalu staramy się odsłaniać rzeczywistość, która jest pozornie niewidoczna lub trudno dostępna. Wejdźmy zatem za kulisy Konkursu Chopinowskiego. Fenomenalnie pokazano je w filmie dokumentalnym „Pianoforte”. Obraz w dużej mierze skupia się na tym, jak uczestnicy poprzedniej edycji radzą sobie ze stresem przed występem, a także jak odreagowują już po. Jak to wyglądało u ciebie?
Yehuda Prokopowicz: Stres oczywiście był, choć chyba nie tak silny jak u innych uczestników. Ogromnie pomogło mi to, że zastosowałem się do rady mojego mentora, dra Krzysztofa Książka, który brał udział w konkursie dziesięć lat temu i kierował się wówczas wskazówką śp. prof. Stefana Wojtasa.
Na czym ona polegała? Aby przyjechać do Warszawy dzień przed występem, zagrać i zaraz potem wrócić do Krakowa. Dzięki temu można uniknąć atmosfery napięcia, gdy wszyscy pianiści mieszkają w jednym hotelu i żyją wyłącznie myślami o konkursie. Właśnie tak postępowałem, co sprawiło, że nie byłem w pełni zanurzony w tym stresie, który towarzyszył pozostałym. Oni żyli konkursem przez cały czas, a ja – swoim codziennym światem.
W końcu jednak ten stres musiał nadejść. Nie jesteś przecież cyborgiem…
– Oczywiście, tuż przed samym występem napięcie dawało o sobie znać. Już w ćwiczeniówce (sali do ćwiczeń przed występem – red.) znajdującej się obok sali koncertowej, czułem jego obecność. Świadomość, że za chwilę będę grał dla tysięcy słuchaczy, to jednak spory ciężar. Co ważne, w moim przypadku był to jednak dobry stres – taki, który nie paraliżuje, lecz mobilizuje. Pozwala się skoncentrować, skupić wyłącznie na muzyce. Liczy się tylko ona, a nie to, czy komuś spodoba się bardziej czy mniej, ani czy popełnię błąd. Takie podejście sprawia, że zajmujesz się muzyką, a nie stresem.
A po zejściu ze sceny?
– A tu stres już się pojawiał i to całkiem spory. Schodząc ze sceny czekałem, aż przyjdzie do mnie Krzysiu Książek i powie jak było: dobrze, czy niedobrze. Jeśli coś było niedobrze, to wtedy zaczynałem się zastanawiać, że mógłbym to faktycznie zagrać lepiej. Na szczęście jednak długo się tym nie zajmowałem. Poza tym Krzysiu jest bardzo wspierającym nauczycielem – doskonale wyczuwał, co przeżywam i nigdy na mnie nie narzekał (śmiech).
Liczyłeś błędy konkurencji?
– Nie. Tu znowu poszedłem za radą Krzysia Książka, który mówił mi, żeby nie słuchać pozostałych. Były oczywiście wyjątki – zdarzyło mi się przez chwilę posłuchać moich dobrych kolegów: Michała Basistę, Mateusza Dubiela czy Krzysia Wiercińskiego z polskiej ekipy, czy Kevina Chena z ekipy zagranicznej.
W XIX Konkursie Chopinowskim wzięło udział 84 pianistów. Nawiązałeś nowe znajomości?
– Podczas konkursu nie było na to przestrzeni – jak wspominałem, kursowałem między Warszawą a Krakowem, więc zwyczajnie brakowało czasu. Dopiero po jego zakończeniu nawiązałem bliższe znajomości, między innymi z Vincentem Ongiem oraz Davidem Khrikulim, z którym miałem już okazję zagrać kilka koncertów. Z Davidem szczególnie szybko znaleźliśmy wspólny język, a czasem stał się moim bardzo dobrym kolegą. Wkrótce wybieram się do Gruzji, gdzie znów będziemy wspólnie występować. Jestem przekonany, że będzie to nie tylko artystycznie wartościowy, ale też po prostu bardzo przyjemny czas.
Na czym twoim zdaniem polega magnetyzm Chopina?
– Chopin w swojej muzyce przekazuje nam najprawdziwsze emocje. W jego utworach nic nie jest na siłę, wszystko jest niezwykle naturalne, prawdziwe. W prostocie jego kompozycji tkwią niezwykle złożone emocje, które grający i słuchacze odczuwają. Wydaje mi się, że to właśnie Prawda w jego utworach jest tak bliska naszym sercom.
Jak dobierałeś repertuar na Konkurs Chopinowski? Stała za tym jakaś strategia? I w ogóle czy można mówić o jakiejś taktyce na konkurs?
– Wybrałem utwory, które kocham i z którymi czuję się naprawdę dobrze. Nie chciałem kalkulować, który z nich spodoba się jurorom bardziej, a który mniej — choć być może właśnie taka strategia bywa skuteczna w tego typu konkursach. Ja jednak od początku podchodziłem do tego wydarzenia raczej jak do festiwalu: jako do okazji do pięknego, satysfakcjonującego grania, a nie do chłodnej analizy tego, co zapunktuje wyżej, a co niżej.
Wiele osób mówiło mi, że to, co zrobiłem, było ryzykowne – zdecydowałem się zagrać dwa opusy mazurków, w tym jeden już w drugim etapie. Poza mną na taki wybór zdecydowała się tylko jedna osoba. Słyszałem wielokrotnie pytania: czy na pewno chcę tak zaryzykować? Czy to dobry pomysł? Ale ja po prostu lubię grać mazurki – i właśnie dlatego chciałem je wykonać. Myślę, że ta szczerość została dostrzeżona i doceniona. Traktowałem ten konkurs przede wszystkim jako piękne, muzyczne doświadczenie, a nie wyłącznie jako rywalizację w ścisłym tego słowa znaczeniu.
Który pianista podczas XIX Konkursu Chopinowskiego zarobił na tobie największe wrażenie?
– Niezwykłe ujęła mnie oryginalność wykonań Vincenta Onga. Grał po swojemu, nie zastanawiając się czy to się mieści w „normie” konkursowej. Pełen luzu a jednocześnie niezwykłego skupienia zrobił na mnie wrażenie nie tylko na konkursie ale również na późniejszych koncertach na których byłem.
A już tak historycznie: twój idol wszechczasów Konkursu Chopinowskiego?
– Myślę, że wśród tych wszystkich wybitnych pianistów, jeśli chodzi o wykonywanie muzyki Chopina, największe wrażenie robi na mnie gra maestro Krystiana Zimermana. Chyba nie muszę tłumaczyć tej decyzji (śmiech).
Do legendy Konkursu Chopinowskiego przechodzą kontrowersyjne decyzje jury. Przed laty gdy Ivo Pogorelić odpadł z X Konkursu Chopinowskiego w 1980 roku, drzwiami trzasnęła i wyjechała z Warszawy w jego trakcie członkini jury Martha Argerich. W poprzedniej XVIII edycji Eva Gevorgyan mimo świetnych występów i typowania na podium, nie zajęła ostatecznie miejsca w pierwszej szóstce laureatów. Zwycięstwo Erica Lu podczas ostatniego konkursu też było żywiołowo komentowane. Jak to wyglądało z twojej perspektywy – dostrzegłeś coś kontrowersyjnego?
– Jeśli już miałbym wskazać coś kontrowersyjnego, to raczej decyzję regulaminową. Chodzi o rezygnację z rozwiązania stosowanego w poprzednich edycjach – czyli z podwójnego systemu oceniania. Wcześniej, obok czysto arytmetycznej punktacji (liczb), funkcjonowała jeszcze druga forma głosowania: „tak” lub „nie” – innymi słowy odpowiedź na pytanie, czy juror chce słuchać danego uczestnika dalej. Ten element przez wiele lat był częścią konkursu, a dopiero w ostatniej edycji został usunięty. Wydaje mi się, że właśnie ta zmiana mogła przyczynić się do części kontrowersji i niezadowolenia – nie tylko wśród publiczności.
Zwracał na to uwagę również Garrick Ohlsson w rozmowie z Ben Laude na YouTubie. To był bardzo ciekawy wywiad, w którym przyznał, że niektóre decyzje wynikające wyłącznie z arytmetycznego przeliczania punktów nie do końca go satysfakcjonowały. I rzeczywiście można odnieść wrażenie, że usunięcie głosowania „tak/nie” mogło mieć wpływ na pojawiające się różnice zdań – choć oczywiście trudno jednoznacznie stwierdzić, czy to był decydujący czynnik.
W tej edycji wyraźnie było jednak widać, że między jurorami pojawiało się sporo niezgody. Ja osobiście niezwykle cenię laureata pierwszego miejsca – jego gra jest znakomita, to naprawdę fantastyczny pianista. Zresztą nie tylko on. Wszyscy finaliści – a nawet szerzej, uczestnicy tego etapu – to artyści fenomenalni. Dlatego samo znalezienie się wśród tak wybitnych muzyków jest dla mnie czymś niezwykle budującym. Jeśli miałbym powiedzieć, czego żałuję, to tego, że Dawid nie został oceniony wyżej. Uważam, że zasługiwał na wyższą nagrodę. Natomiast niezależnie od werdyktu – każdy z nagrodzonych to znakomity muzyk i w pełni wartościowy artysta.
Właśnie – wspominasz o arytmetyce i rzeczywiście wiele osób podkreśla, że to ona ostatecznie decyduje o wynikach, choć nie zawsze wydaje się najszczęśliwszym rozwiązaniem. Szczerze mówiąc, kojarzy mi się to trochę z Turniejem Czterech Skoczni – dwa razy była tam sytuacja, że zawodnik, który nie wygrał żadnego z indywidualnych konkursów, triumfował w klasyfikacji generalnej całego turnieju. Czy Konkurs Chopinowski powinien zostać zreformowany, a jeśli tak to jak?
– No właśnie, dlatego się niezwykle cieszę, że nie jestem odpowiedzialny za organizację tego konkursu, bo zupełnie nie wiem, co by należało zrobić, żeby obiektywnie ocenić sztukę. Tak więc jest to na pewno bardzo trudne i współczuję tym, którzy o tym decydują i muszą wybierać, ponieważ sam nie wiem, co bym zrobił, czy byłbym w stanie rzeczywiście powiedzieć, że ktoś zagrał na 25, a ktoś zagrał na 13 punktów. Mogę tylko powiedzieć, że coś mi się podoba, albo, że mi się nie podoba. Dlatego jako juror wszystkim bym albo dawał albo 10, albo 25 punktów.
Ale jeśli wszyscy przyjęliby taką metodę to nic by nie dało…
– Tak, to jasne (śmiech).
Planujesz wziąć udział w XX Konkursie Chopinowskim w 2030 roku?
– Czas pokaże. Na pewno nie jest to decyzja na teraz.
Po konkursie twoje życie koncertowe uległo znacznemu przyśpieszeniu. Musiałeś przez to zmodyfikować studia na krakowskiej Akademii Muzycznej?
– Tak, zdecydowanie. Jestem na szczęście w Akademii, która niezwykle mnie wspiera, na czele z rektorem prof. Mariuszem Sielskim. Nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować za wsparcie i elastyczne podejście do egzaminów, które mam zdać. Uczelnia idzie mi na rękę, nikt nie ma do mnie pretensji o to, że wyjeżdżam gdzieś na kilka tygodni.
W konkursie zostałeś laureatem nagrody specjalnej Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków. Kiedy płyta z mazurkami?
– To nie do końca zależy ode mnie zależy. Powinien mi ktoś – czyli wytwórnia – zaproponować wydanie płyty, a wtedy ja mogę się do tej propozycji odnieść – zaakceptować ją, lub nie. Być może wkrótce ukaże się płyta w której będzie można również mnie usłyszeć, ale na razie to tajemnica.
Gdybyś mógł zostawić po sobie w internecie tylko jedno nagranie, które przetrwa przyszłe pokolenia, co by to było?
– Świetne pytanie. Pewnie powinien być to Chopin…
A może właśnie nie powinien…
– Zapewne chciałbym nagrać jakiś utwór skomponowany przeze mnie. Chopin, Liszt, Schubert, Schumann, Beethoven – to byli wszystko świetni pianiści. Chopin nie grał Liszta, a Liszt Chopina, tylko każdy grał swoje utwory. Zatem trzeba się tego trzymać, żyć podobnie jak oni i grać swoje utwory. Jak już napiszę utwór, z którego będę na tyle zadowolony, żeby go pokazać, to pokażę.
Skomponowałeś już coś, albo jesteś w trakcie?
– Tak, skomponowałem już kilka utworów, ale przede wszystkim na większe składy. Na fortepian solo też skomponowałem utwór. Grałem go nawet podczas recitalu w Krakowie, ale nie ma jeszcze takie utworu, z którego byłbym na tyle zadowolony, żeby go zaprezentować w całości na większej scenie.
Skoro już wyszliśmy nieco poza Chopina – kto z klasyków jest dla ciebie jeszcze szczególnie ważny?
– Jeśli chodzi o muzykę fortepianową to na pewno Liszt i Bach. A wychodząc poza nią to niezwykle cenię Prokofiewa, Rachmaninowa, Czajkowskiego. Szkoła rosyjska jest niezwykle imponująca, to najpiękniejsza muzyka. A wracając na polski grunt muszę wymienić Szymanowskiego. To jest może trochę dziwne, bo on jest trochę dziwny…
Pięknie powiedziane. Dlaczego Szymanowski jest dziwny?
– Szymanowski jest jednocześnie piękny i brzydki. Niezwykle cenię jego twórczość fortepianową, w której odnajduję wiele ciekawych rozwiązań i efektów brzmieniowych. Grałem również „Mity” na skrzypce i fortepian – utwór niezwykle obrazowy, silnie pobudzający wyobraźnię zarówno słuchacza, jak i wykonawcy. Niedawno słuchałem jego baletu „Harnasie”, który, jak zawsze, wzbudził we mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony ta muzyka wciąga i fascynuje – chciałbym słuchać tych dziwnych harmonii i barw jeszcze dłużej. Z drugiej jednak, po pewnym czasie, czuję zmęczenie. Dlatego Szymanowski jest dla mnie tak zagadkowy. Nie wiem, czy go kochać, czy jednak nie.
Jesteś z generacji Z, pokolenia, które lubi szybką, prostą i dynamiczną formę przekazu. Czy jest jakiś sposób, aby Twoim zdaniem móc przekonać, zachęcić generację Z do muzyki klasycznej?
– Trzeba chyba zacząć od tego, że dużo osób z tego pokolenia w ogóle nie zastanawiało się nad tym, żeby poznać tę stylistykę i tę muzykę. Uważam jednak, że jeśli zobaczyliby piękno tej muzyki, która oczywiście musiałaby zostać im zaprezentowana w odpowiedni sposób, to wielu z nich zachwyciłoby się muzyką klasyczną. Mówię to z pełnym przekonaniem, bo znam ludzi z tej generacji. Żyjemy w czasach niezwykle nasączonych emocjami, emocje są kluczową sferą współczesnej egzystencji, a muzyka klasyczna – w przeciwieństwie do popularnej – ma tych emocji w sobie bardzo dużo.
Na koniec pytanie lokalne, związane z Lublinem. W lipcu zeszłego roku głośno było o planie dyrektora Filharmonii Lubelskiej, który chciał zdemontować organy. Dyrektor posługiwał się argumentem, jakoby organy miały negatywny wpływ na akustykę sali koncertowej. Czy z punktu widzenia (słyszenia) pianisty odczuwałeś kiedykolwiek negatywny wpływ organów na akustykę?
– (śmiech) Nigdy tego nie odczułem. Wręcz przeciwnie, organy dobrze wpływają na moją grę, bo bardzo lubię organy – ich konstrukcję i wygląd. A zatem w salach, gdzie one są gra mi się zdecydowanie lepiej.
Na zdjęciu głównym: Yehuda Propkopowicz w XIX Konkursie Chopinowskim został nagrodzony za najlepsze wykonanie mazurków. W niedzielę, 15 lutego, wystąpi w Sali Kameralnej CSK Fot. Mirosław Jurgielewicz.


Dodaj komentarz