6 minuty czytania • 04.04.2025 18:14
0,03 metra kwadratowego. Przez błąd lublinianka musi wynajmować swoje mieszkanie od miasta
Udostępnij
– To moje nieszczęsne metry – mówi od progu Barbara Sionkowska. Mimo dziesiątek pism, wyroków sądów wciąż nie może stać się prawomocną właścicielką mieszkania, za które zapłaciła pełną kwotę. Bo o ułamek nie zgadza się powierzchnia lokalu ujawniona w księdze wieczystej. Ale powikłań przez lata namnożyło się znacznie więcej.
Ten artykuł powstał dzięki wsparciu Czytelników. Teraz każda wpłata na Jawny Lublin zostaje podwojona.
W tej sprawie jest dużo zawiłych przepisów, wyroków, ale przede wszystkim niemocy w starciu z nieuczciwym deweloperem, a potem z machiną państwa i miasta Lublin. Są też tak po ludzku łzy. Łzy, które trudno powstrzymać, choć wydawać by się mogło, że przez ponad 20 lat trwania batalii można się przyzwyczaić. Nie można.
Są klucze, jest mieszkanie, ale nie ma aktu
Dzielnica dziesiąta, trzypiętrowy blok z mieszkalnym poddaszem przy ul. Nadrzecznej w stylu lat 90. ubiegłego wieku. To właśnie tu w początkach transformacji systemowej, w 1996 roku, pani Barbara decyduje się na zakup mieszkania. Rynek deweloperski dopiero pączkuje, panuje dowolność w zawieraniu umów, nie ma jeszcze regulacji dotyczących ochrony przyszłych lokatorów. Nasza rozmówczyni decyduje się praktycznie na zakup dziury w ziemi. – Wpłaciłam na mieszkanie w 1996 roku, wzięłam kredyt, a mieszkanie miało być oddane w czerwcu ’97. A tu nawet nie było nic wykopane – wspomina pani Barbara. – I byłam trochę przerażona tym, że tu naprawdę nic się nie dzieje, a już mieszkanie powinno być przecież oddane.
Deweloperem, któremu Sionkowska postanowiła powierzyć swoje pieniądze, była spółka akcyjna TCI z Lublina. Jak wspomina, cena za metr wynosiła 1100 zł, co w obecnych realiach wydaje się śmieszną stawką, ale przed prawie trzydziestu laty była to zawrotna kwota. – Zarabiało się 700 złotych – wspomina pani Barbara, przyznając, że zakup własnego M, przy jednoczesnym wynajmowaniu stancji, był dla niej ogromnym wysiłkiem finansowym. Szczególnie, że samotnie wychowywała wówczas 7-letniego syna. Żeby spłacać zaciągnięty dług, musiała wyjechać do pracy za granicę.
Gdy pytam o powierzchnię zgrabnie urządzonego, 3-pokojowego mieszkania, Sionkowska wylicza dokładnie: – 57,94 mkw. w księgach wieczystych, a ja mam wyrok na 57,91 mkw. I tu cały czas o te 3 cm kwadratowe jest wojna – mówi.
Do centymetrów za chwilę wrócimy.
Goło, ale wreszcie u siebie. No prawie u siebie
Klucze do „mieszkania”, cudzysłów nie jest tu przypadkowy, pani Barbara odbiera dopiero w ’98 roku, ponad rok po terminie. Ale to, co dostaje, nie jest tym wymarzonym M. – Stan surowy. Nie było ani tynków, jedyne co to wystawały rury z kominów. Goluteńko – opisuje. Zrezygnowała ze stacji, wykończyła jeden pokoik. – Mieszkało nas wtedy tak: dwie rodziny w pierwszej klatce, dwie w drugiej klatce, a ja jedna jedyna z tym dzieckiem tutaj – Sionkowska sięga pamięcią do końca lat 90. ubiegłego wieku. – Nie było jeszcze wejścia tak jak pan tu wszedł, tylko wchodziłam drugą klatką i piwnicą – opisuje swoje początki na Nadrzecznej.
Choć pani Barbara czuła się właścicielką mieszkania, to do pełni szczęścia brakowało kropki na „i”, czyli aktu notarialnego. Mijały miesiące, później lata, a deweloper nie robił nic, by przenieść własność lokalu na Sionkowską. W 2001 roku założyła sprawę o przymuszenie do aktu notarialnego, ale sąd nie zwolnił jej z opłat, co uniemożliwiło dalszą procedurę. – Nie było mnie stać na adwokata, na proces – przyznaje.
W pewnym momencie deweloper miał się też posunąć do formy szantażu. Za podpisanie aktu notarialnego chciał pieniędzy, i to nie mało. – Powiedziałam: tak, zgodzę się, dam mu te 30 000, ale przy notariuszu. A on do mnie mówi: „Dasz mi, ja ci za pół roku to podpiszę”. Mówię: „Ode mnie już takich pieniędzy nie dostaniesz na ładne oczy” – relacjonuje pani Barbara.
Ale później wyszło na jaw, że deweloper i tak nie mógłby podpisać aktu, bo majątek spółki został zajęty przez komornika, a firma postawiona w stan likwidacji. Siłą rzeczy zajęte zostało też mieszkanie pani Barbary, bo formalnie nie była jego właścicielką.
Dopiero w 2011 roku Sionkowskiej udaje się uzyskać zaoczny wyrok Sądu Rejonowego w Lublinie, na podstawie którego spółka TCI w likwidacji w ciągu siedmiu dni ma przenieść na panią Barbarę własność lokalu. Ale na wyznaczony w kancelarii notarialnej termin likwidator spółki się nie stawił. Wtedy też okazuje się, że w wyroku sądu jest inna powierzchnia mieszkania niż wynika to z księgi wieczystej. Różnica wynosi wspomniane 0,03 m kwadratowego. A to jest powodem, dla którego sporządzenie aktu notarialnego jest niemożliwe.
Sprawa skomplikowana, szybkiej ścieżki nie będzie
Koniec końców majątek zlikwidowanej spółki TCI przechodzi na skarb państwa reprezentowany przez wojewodę lubelskiego. W jego imieniu mieszkaniem Sionkowskiej zarządza gmina Lublin. I to z nią w zeszłym roku kobieta podpisuje umowę najmu. – W tej chwili to 462,16 zł – odpowiada, gdy pytam o wysokość miesięcznego czynszu.
– Ja jestem przerażona tym wszystkim, bo państwo nie dołożyło do tego jednego grosza. To nie jest tylko przejęcie TCI, to jest również przejęcie mojego majątku – dodaje pani Barbara. Po 27 latach od wprowadzenia się na Nadrzeczną wciąż nie może się poczuć, że tak naprawdę mieszka u siebie.
Czy jest jakaś szansa na to, by Sionkowowska została właścicielką lokalu? Miasto rozwiewa nadzieje. – Obecnie nie ma możliwości rozwiązania tej sprawy, ponieważ nieruchomość wymaga uregulowania – brak jest wystarczającego udziału do sprzedaży, co było już sygnalizowane przez Wydział Gospodarowania Mieniem. Miasto podjęło również działania mające na celu zapewnienie Mieszkance stabilnej sytuacji mieszkaniowej. Na jej wniosek została zawarta umowa najmu na czas nieoznaczony, co gwarantuje jej możliwość dalszego zamieszkiwania w lokalu, na co wyraził zgodę reprezentant Skarbu Państwa – informuje Monika Głazik z biura prasowego Ratusza.
Jak dodaje, możliwe jest udzielenie bonifikaty od ceny sprzedaży lokalu mieszkalnego pod warunkiem uzyskania zgody wojewody. W przypadku nieruchomości Skarbu Państwa położonych w Lublinie, zgoda na sprzedaż oraz bonifikatę rozpatrywana jest indywidualnie.
– Jednak na ten moment temat sprzedaży lokalu jest przedwczesny. Dopiero po uregulowaniu stanu prawnego nieruchomości osoba zainteresowana będzie mogła złożyć formalny wniosek o sprzedaż i udzielenie bonifikaty. Ostateczna decyzja w tej sprawie będzie należała do właściwego organu administracji państwowej – dodaje Głazik.
W sprawę zaangażował się radny Bartosz Margul (PO) z klubu prezydenta Krzysztofa Żuka. Rozmawiał z panią Barbarą, dwukrotnie z wojewodą lubelskim Krzysztofem Komorskim (PO) oraz wicedyrektorką Wydziału Gospodarowania Mieniem UM Lublin Małgorzatą Zdunek. Jak przekazuje, problemem nie są jedynie nieszczęsne 0,03 mkw. – Jako pierwszy krok musimy przeprowadzić inwentaryzację całego budynku i uzyskać zgodę wszystkich właścicieli na poprawę w księgach wieczystych, co przy tak dużym bloku nie będzie proste, ewentualnie przeprowadzić to przez sąd – mówi radny Margul. – Natomiast docelowe rozwiązanie widzę w tym, żeby uzyskać dla pani Barbary 99-procentową bonifikatę w zakupie mieszkania. Tak żeby mogła po prostu swoje mieszkanie praktycznie prawie za darmo nabyć od skarbu państwa.
Według radnego inwentaryzacja powinna być przeprowadzona w ciągu roku. – Wszyscy niejako rozumieją trudną sytuację pani Barbary i wszyscy w pewien sposób jej kibicują. Natomiast w urzędach wiadomo – każdy musi trzymać się litery prawa. Ale będę pilotować tę sprawę – obiecuje.
Dorota Grabowska, rzeczniczka wojewody lubelskiego, przekazuje, że ten zwrócił się do Urzędu Miasta Lublin z prośbą o przesłanie pełnej dokumentacji w tej sprawie. Chodzi m.in. o wyrok sądu oraz potwierdzenie zapłaty całej kwoty za lokal.
Jak podkreśla, mieszkaniem Sionkowskiej, które jest własnością skarbu państwa, zarządza prezydent Lublina i to on może złożyć wniosek o sprzedaż lokalu czy przyznanie bonifikaty. – Jeżeli taki wniosek wpłynie do wojewody, zostanie rozpatrzony z należytą starannością. Ustawa pozwala wojewodzie przyznać bonifikatę, ale tylko na wniosek prezydenta – to on ma w tej sprawie inicjatywę – zaznacza Grabowska.
Na zdjęciu: Barbara Sionkowska klucze do mieszkania przy Nadrzecznej odebrała w 1998 roku. Mimo że zapłaciła za nie pełną kwotę, do dziś formalnie nie jest jego właścicielką. Fot. Krzysztof Wiejak



Widać, że interwencja programu „Państwo w państwie” w Polsat News z lutego 2025 roku, kiedy to dziennikarze dogłębnie zbadali ten temat, przynosi skutek. Brawo! Trzymam kciuki za panią Basię.
Wydział GosPOdarowania Mieniem. Nie wie jak pomóc zdesperowanej i załamanej mieszkańce. Dewelopera natomiast za rękę chętnie poprowadzi aby cel zakupu miejskiej działki wcześniej upatrzonej zrealizować.
Jak można być takim ignorantem w prostej matematyce jak autor tego artykułu? 0,03m2 to nie jest 3cm2 tylko 300cm2. 1 metr kwadratowy to kwadrat o boku długości 100cm czyli 100cm × 100cm czyli 10000cm2. Jeśli pomnożymy to przez 0,03 to wynik będzie 300 a nie 3 cm2. Moja córka w młodszych klasach podstawówki o tym wiedziała więc chyba nie ma co zwalać na system edukacji szczególnie że p. Redaktor jest w podobnym wieku co ja. Smutne to …..
Proszę poprawcie drobiazg w artykule – to nie są 3 cm2 różnicy, ale 300 cm2.
„57,94 mkw. w księgach wieczystych, a ja mam wyrok na 57,91 mkw. I tu cały czas o te 3 cm kwadratowe jest wojna”
Ta różnica jest nieco większa niż 3 cm kwadratowe, gdyż 1 m^2 = 10000 cm^2.
(100 * 100)
Oczywiście i tak mieszkanie się należy p. Barbarze.
Czyli ma kupić to co zostało jej ukradzione? Jak się nazywa kupca kradzionego towaru? Paser? Tak więc paser wszedł w posiadanie wiedząc, że jest to cudzą własnością! Paserem powinien się zająć prokurator a mieszkanie zgodnie z wyrokiem sądu po poprawieniu oczywistej pomyłki wrócić do właściciela. Za bezprawne użytkowanie (a nawet pobieranie korzyści w formie czynszu) należy się odszkodowanie. A skoro miasto przejęło zobowiązania dewelopera powinno zapłacić za całe 30 lat.
Znowu wątek martyrologiczno-developerski. Owszem, nie negujemy, iż kobiecie należy współczuć ale jest jedno ALE…
W tekście napisano prawie ukrytym wzorem, że klucze odebrała w ’98 roku (sic!). A kto był wtenczas Prezydentem Lublina? Pan Dr Żuk może?
Da to niebawem asumpt do ataku kaczej🦆 jaczejki typu kronikidewelorozwoju albo (.) kropek, że to wina dewelosułtana ze Jakubowic itp., itd.
Analogicznie jak wszytko wina Tuska – tak są wytresowani 🤣🤣
Bez odbioru.,,
Jak pisałem swój komentarz, to jeszcze nie było komentarzy dwóch użytkowników, którzy pisali o tym samym. Najwidoczniej czekały na zaakceptowanie.
Dodam jeszcze, że 300 cm^2 to 3 dm^2. Łatwo byłoby poprawić. To też jest mała wielkość: strona formatu A5 ma 310,8 cm^2.
Znowu wątek martyrologiczno-developerski. Owszem, nie negujemy, iż kobiecie należy współczuć ale jest jedno ALE…
W tekście napisano prawie ukrytym wzorem, że klucze odebrała w ’98 roku (sic!). A kto był wtenczas Prezydentem Lublina? Pan Dr Żuk może?
Da to niebawem asumpt do ataku kaczej🦆 jaczejki typu kronikidewelorozwoju albo (.) kropek, że to wina dewelosułtana ze Jakubowic itp., itd.
Analogicznie jak wszytko wina Tuska – tak są wytresowani 🤣🤣🤣🤣
Bez odbioru.,,