5 minuty czytania • 03.05.2025 18:35
Pół życia na urzędzie. Kto chce zniesienia zasady dwóch kadencji?
Udostępnij
Korporacje samorządowe nalegają na wykasowanie zasady dwóch kadencji dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Za likwidacją ograniczeń są politycy Koalicji Obywatelskiej i PSL, a na stole właśnie pojawiła się nowa propozycja dla żegnających się z urzędami – wcześniejsza emerytura.
Dla Krzysztofa Żuka prezydenta Lublina, Pawła Maja prezydenta Puław, Wojciecha Żukowskiego burmistrza Tomaszowa Lubelskiego czy Edwina Gortata wójta gminy Wólka obecna kadencją ma być ostatnią. Tak wynika z przepisów, które w 2018 roku wprowadził PiS.
Dwie kadencje i basta
Przez lata wójtowie, burmistrzowie i prezydencie miast mogli rządzić tak długo jak będąwygrywać kolejne wybory. Nie było żadnych ograniczeń co do liczby kadencji – takich np. jak w przypadku prezydenta Polski, który może sprawować stanowisko tylko 10 lat (dwie kadencje).
Zgodnie z analizą Związku Miast Polskich w 210 miastach (to 59 proc. wszystkich) w wyborach samorządowych w 2024 roku mieszkańcy zdecydowali, że urzędujący burmistrz/prezydent ma rządzić dalej. W 140 przypadkach rozstrzygnęło się to w pierwszej turze. – Wśród pozostałych były przypadki, gdzie wybory wygrała osoba wskazana jako następca przez ustępującego burmistrza, nawet już w I turze – podaje ZMP.
To większe miasta, ale na wsiach skala tego zjawiska przyjmuje jeszcze większe rozmiary. W grudniu 2024 roku do Senatu zostali zaproszeni wieczni wójtowie i burmistrzowie. Zjechało ich aż 74 i każdy z nich miał na karku ponad 30 lat kierowania swoją gminą lub miastem. W województwie lubelskim było 11 takich wójtów i jeden burmistrz. To Hieronim Zonik z Siedlicza, a spośród wójtów można wymienić choćby:
- Krzysztof Iwaniuk – Terespol,
- Józef Biały – Aleksandrów,
- Stanisław Gołębiowski – Końskowola,
- Waldemar Raczyński – Stary Zamość.
Jednak z tym już koniec. Wprowadzone w 2018 roku przepisy ograniczają liczbę kadencji do dwóch. Choć głosów krytyki nie brakowało. Samorządowcy podnosili, że to ograniczanie ich praw, że i tak finalnie decydują mieszkańcy, że nabyte przez lata doświadczenie pozwala im lepiej rządzić. I pytali, czemu takie same ograniczenia nie dotyczą innych osób wskazywanych w wyborach: radnych, posłów i senatorów.
Z kolei zwolennicy dwukadencyjności mówili o potrzebie zmiany, przewietrzeniu samorządów, zerwaniu z układami, wprowadzeniu świeżej krwi i pomysłów.
– Zapis, że nie można dłużej pełnić funkcji niż dwie kadencje, jest czymś zrozumiałym i naturalnym w demokracji – komentował przepisy Andrzej Dera, prezydencki minister, a jego szef bez mrugnięcia okiem podpisał stosowną ustawę. – Powiedzmy sobie szczerze: władza na poziomie lokalnym zależna od jednej osoby, która jest największym pracodawcą, niestety później powoduje szereg komplikacji, niekorzystnych zjawisk – argumentował Dera.
Podpis prezydenta sprawił, że w wyborach samorządowych w 2029 roku nie będzie mogło kandydować 60 proc. obecnych wójtów, burmistrzów i prezydentów. Choć może się to jeszcze zmienić.
Przepis do kasacji?
– Zmianę tę wprowadzono w pośpiechu, z pominięciem opinii Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego i przede wszystkim bez konsultacji, rzetelnej analizy powodów i skutków, wymaganej przez Konstytucję w przypadku ograniczania swobód obywatelskich. Wokół tematu jest sporo emocji oraz powtarzanych bezrefleksyjnie populistycznych tez, by nie powiedzieć pomówień. Wprowadzając zmianę prawa o tak istotnych konsekwencjach, należało poprzedzić to rzetelną debatą. Uważam, że przyszedł czas żeby naprawić to zaniedbanie i przeprowadzić taką debatę, tym bardziej że nie brakuje, również w koalicji rządzącej, zwolenników utrzymania tego ograniczenia – tak senator Zygmunt Frankiewicz (KO) mówił pod koniec ubiegłego roku, gdy na nowo rozgorzała debata o kadencyjności.
Frankiewicz to były prezydent Gliwic, były prezes Związku Miast Polskich, organizacji która co jakiś czas przypomina o potrzebie zmiany prawa czyli zniesieniu kadencyjności.
Na razie są rozmowy, propozycje, dyskusje. Nie ma ruchów politycznych, bo wiadomo, że nawet jeżeli parlament przyjmie odpowiednią nowelizację, to Andrzej Duda jej nie podpisze. A rządzące partie mają w Sejmie za mało szabel, żeby odrzucić weto. Dlatego, jeżeli coś w tej sprawie się wydarzy, to już po wyborach. I na pewno będzie łatwiej gdy prezydentem zostanie (a tak wskazują sondaże) Rafał Trzaskowski (PO).
– To mieszkańcy powinni decydować o tym, czy chcą, by ktoś mógł dłużej ich reprezentować. Jeżeli macie dosyć jakiegoś burmistrza, to i tak dacie temu wyraz – stwierdził kandydat na prezydenta w listopadzie 2024 na spotkaniu w Aleksandrowie Łódzkim.
W kwietniu Jacek Karnowski, wieloletni prezydent Sopotu, a dziś senator i wiceminister spraw wewnętrznych, zapowiedział otwarcie: – Gdy Rafał Trzaskowski zostanie prezydentem, to jest nadzieja, że będzie zniesiona dwukadencyjność w samorządach.
Ale nie tylko KO chce zmian. Otwarcie mówią o tym politycy PSL, którzy zapewniają, że już pracują nad odpowiednią ustawą. – Przy naszym klubie parlamentarnym PSL działa nawet specjalny zespół pod kierownictwem posła Michała Pyrzyka zajmujący się tym zagadnieniem. Są dwa sposoby na to, aby mieszkańcy decydowali o wyborze prezydenta czy burmistrza. Pierwszy to wybory, a drugi to referendum, podczas którego można odwołać prezydenta miasta tak, jak to miało miejsce w Częstochowie. Opowiadamy się za tym, żeby znieść kadencyjność i wprowadzić również kilka innych przepisów. To propozycja całej partii i będzie ona w przyszłości przez nas zgłaszana albo będziemy ją popierać – ogłosił niedawno w Dzienniku Zachodnim Henryk Kiepura, wiceminister edukacji z PSL.
Coś nowego – emerytura
Tymczasem w Krynicy zebrała się Komisja Małych Miast działająca przy Związku Miast Polskich, i wystosowała własne stanowisko.
„Wójtowie, burmistrzowie oraz prezydenci miast to przedstawiciele społeczeństwa, którzy pełnią kluczowe funkcje w samorządzie terytorialnym. (…) Jednakże obecne przepisy prawa powodują, że po zakończeniu dwukadencyjności, zwłaszcza w późniejszym wieku zawodowym powyżej 50. roku życia, pozostają oni bez gwarancji zabezpieczenia finansowego, co może być źródłem niepokoju i niepewności co do ich przyszłości. Warto zauważyć, że osoby pełniące funkcje publiczne w samorządzie są zobowiązane do podejmowania trudnych decyzji, które niejednokrotnie wiążą się z ryzykiem utraty popularności, a w efekcie – mandatu” – czytamy.
Chodzi o to, by samorządowcy, którzy w 2029 roku nie będą mogli kandydować, zyskali prawo do wcześniejszej emerytury. Miałoby to być nie mniej niż 85 proc. maksymalnego ustawowego wynagrodzenia brutto w danym samorządzie.
Takie rozwiązanie ma być formą „zabezpieczenia przyszłości oraz docenienia zaangażowania w pracę na rzecz społeczności lokalnych” odchodzących samorządowców. A także docenieniem „trudnej i odpowiedzialnej pracy wójta, burmistrza i prezydenta” plus motywacją dla kandydatów na te stanowiska.
Na zdjęciu: Krzysztof Żuk rządzi Lublinem od 2010 roku. W obecnym stanie prawnym na kolejną kadencję nie ma szans (Fot. Krzysztof Żuk FB)




