12 minut czytania • 09.09.2024 21:16
„Nie pytaj, nie wychylaj się, nie proś o podwyżkę”. Jak się pracuje w MPK Lublin
Udostępnij
Pod pismem w obronie zdegradowanego kolegi podpisała się ponad setka kierowców MPK Lublin. Do prezydenta Lublina piszą też o tym, że obawiają się odwetu ze strony swojego szefa. – Bo to w tej firmie norma. Wyłapywanie ludzi, którzy się podpisali, już się zaczęło – mówią.
– Jeżeli ktoś myśli, to może szybko awansować. Ale jeżeli myśli za dużo i zadaje pytania, to szybko jest degradowany. I daje mu się do zrozumienia, że zwolnienie to kwestia czasu – opowiada nam jeden z kierowców MPK Lublin.
– Ludzie od nas często mają te same zajęcia po pracy: psycholog, prawnik albo zbieranie dowodów w do sprawy o mobbing – relacjonuje inny pracownik miejskiej spółki.
– Dziwię się czemu jeszcze nie weszło tu CBA i nie sprawdziło panujących tu zależności i niegospodarności – zastanawia się kolejny. A jego kolega o realiach pracy w MPK mówi tak: – Chcesz zarobić? Zapisz się do związku i siedź cicho. Na święta dostaniesz garnek albo patelnię
Mają dość. I zaczynają mówić
MPK Lublin, miejska spółka, najważniejszy przewoźnik realizujący kursy autobusów i trolejbusów na zlecenie Zarządu Dróg i Transportu Miejskiego. Przez lata (od 2011) spółką kierował Tomasz Fulara, ale po wyborach samorządowych – wygranych po raz czwarty przez ekipę Krzysztofa Żuka – doczekał się awansu. Nie byle jakiego, bo do samego Ratusza – gdzie zajął gabinet zastępcy prezydenta Lublina ds. Inwestycji i Rozwoju. Jak już pisaliśmy – mogła to być nagroda za jego zaangażowanie w kampanię wyborczą.
Zwolniony przez Fularę fotel zajął Bogdan Kołciuk, dotychczasowy wiceprezes. A na miejsce Kołciuka – wszedł Dariusz Tomasik, wcześniej dyrektor biura zarządu i promocji.
Sytuacja finansowa spółki jest fatalna. W okresie pandemii i związanej z obostrzeniami mniejszej liczby kursów okazało się, że MPK Lublin zarabia… kiedy nie jeździ. Jeszcze w 2021 roku przewoźnik był na plusie (3,1 mln zł), ale potem zaczęła się równia pochyła. Rok 2022 spółka zakończyła z niemałą stratą – 35,77 mln zł na minusie. Potem było jeszcze gorzej – miniony rok (2023) MPK Lublin zamknęło stratą w wysokości 57,97 mln zł.
Media, nie tylko lokalne, o MPK i komunikacji miejskiej zawsze pisały dużo i często. Zwłaszcza ostatnio gdy ZDiTM w wakacje drastycznie obciął liczbę kursów, a w ramach wielkiej „rewolucji w komunikacji” zlikwidowano niektóre popularne linie, a innym zmieniono trasy. Ludzie skarżą się na „znikające kursy” (wyświetlają się na rozkładach, ale nie przyjeżdżają), na tłok w autobusach i trolejbusach, na coraz dłuższe oczekiwanie na przystankach.
W odpowiedzi na powszechną krytykę szefowie MPK chwalili się zakupami nowoczesnego taboru lub tłumaczyli brakiem chętnych do pracy za kółkiem koszukach polo z logiem MPK. Sami pracownicy miejskiej spółki przez lata siedzieli cicho. Nie skarżyli się głośno, nie opowiadali w mediach o realiach swojej pracy. Aż do teraz. Po publikacji naszego tekstu >> Wstać o 3 w nocy i na zajezdnię << zaczęli się do nas zgłaszać mężczyźni i kobiety – często z wieloletnim stażem w miejskiej spółce. Zdecydowali się opowiedzieć co tak naprawdę kryje się za szlabanem miejskiej zajezdni.
Chciałeś podwyżkę? Tego ci nie zapomnimy
Jest wtorek, 4 września. Kilkuosobowa delegacja kierowców MPK idzie do prezydenta Krzysztofa Żuka, by złożyć oficjalne pismo. Niespodziewanie dostają zaproszenie na spotkanie z Tomaszem Fularą, ich byłym szefem, dziś wiceprezydentem. Tematem rozmowy w prezydenckim gabinecie nie jest jednak sytuacja pracowników MPK, dramatyczny brak kierowców, zbyt niskie płace. Chodziło o coś innego – o sprawę pana Mirosława.
Mirosław jest po 50., kurs na prawo jazdy kategorii D zrobił w 2017 roku i zatrudnił się w MPK Lublin jako kierowca. Po dwóch latach dostał awans – do działu planowania. – To kilkuosobowy dział zajmujący się opracowaniem miesięcznego i dziennego planu pracy kierowców. Naszym zadaniem jest zapewnienie takiej obsady, aby kursy zostały zrealizowane – tłumaczy.
Nie było na niego żadnych skarg, ani od kierowców, ani od przełożonych. – Lubię kontakt z ludźmi i lubię swoją pracę. To wiele rozmów z kierowcami i mam wrażenie, że udawało nam się dogadywać – opowiada.
W 2022 roku Mirosław wraz z kilkoma innymi pracownikami swojego działu zwracają się do swoich przełożonych o podwyżkę. Chodziło o kwotę ok. 500 zł. Wniosek został zaakceptowany na poziomie kierownika i dyrektora, ale ostateczną decyzję podejmowano wyżej – w gabinecie prezesa Tomasza Fulary. Pracownicy opowiadają, że było już nawet umówione spotkanie z szefem, ale nigdy do niego nie doszło. Zamiast podwyżki na koncie, na swoim biurku Mirosław zobaczył pismo. Wynikało z niego, że o on i jeszcze jeden planista zostają oddelegowani do pracy jako kierowcy.
Murem za Mirosławem
Kara? Być może, bo w praca za kółkiem miejskiego autobusu czy trolejbusu do łatwych nie należy, a zarobki zależą od liczby wyjeżdżonych godzin (piszemy o tym dalej). Jeden z kierowców rzuca na tę sprawę jeszcze inne światło: – Kierowcę jest najprościej zwolnić. Wystarczy zbierać wpływające na niego skargi. Można też – i to już brutalna zagrywka – wysłać za nim „nadzór ruchu” – tłumaczy.
Chodzi o kontrolerów, którzy mają za zadanie wyłapanie najmniejszych przewinień i pomyłek kierowcy. W najłagodniejszym przypadku takiemu kierowcy „leci się po premii” czyli uszczupla comiesięczny dodatek do pensji, a ten może wynieść nawet 1000 zł brutto. – Dodatek motywacyjny uzależniony jest od kilku czynników. To dyspozycyjność, ekonomiczna jazda czy zaangażowanie w pracę. Każdy z tych elementów jest punktowany i od ilości punktów zależy wysokość dodatku – tłumaczyła nam niedawno Weronika Opasiak, rzeczniczka prasowa MPK Lublin.
Mirosława uratowali koledzy. Wstawiło się za nim 60 kierowców Zakładu Trolejbusowego, z którymi pracował na co dzień. Jak nam opowiada, spotkań z przełożonymi odbył jeszcze wiele. W końcu na jednym z nich sam zaproponował, że jeśli wróci na stanowisko planisty, do tematy podwyżek wracać już nie będzie. – Sprawa zostanie zamknięta – obiecał. I wrócił do biura.
Przez dwa lata jest cisza. Zmienia się prezes (Fulara awansuje) i w sierpniu br. szefostwo MPK Lublin postanawia zreformować dział planowania. Dla Mirosława miejsca już w nim nie ma.
– Nie wiedziałem co myśleć. Nikt z kadry kierowniczej nie zdobył się na słowo wyjaśnienia. Planistą nie zostaje się tak od razu, bo nie każdy jest w stanie odnaleźć się w specyfice tej pracy. Zmniejszenie liczby osób w dziale również nie wydaje się być racjonalną decyzją. Gdyby ze strony przełożonych były jakiekolwiek uwagi odnośnie jakości mojej pracy, nie miałbym z tym problemu, ale przez ponad cztery lata nie słyszałem żadnych zastrzeżeń – relacjonuje pan Mirosław.



I znów w jego obronie stają inni. Tym razem pismo do prezesa spółki Bogdana Kołciuka, podpisuje 104 kierowców Zakładu Trolejbusowego. Bez efektu. Prezes podtrzymuje decyzję o usunięciu pana Mirosława z działu planowania. W tej sytuacji delegacja kierowców decyduje się na drugie pismo, adresowane do prezydenta Lublina Krzysztofa Żuka, do którego pracownicy MPK „zwracają się z prośbą o interwencję w kryzysowej sytuacji”.
„My, kierowcy MPK Lublin zwracamy się z prośbą o przywrócenie na stanowisko planisty naszego kolegę Mirosława (tu pada nazwisko – red.)” – piszą do prezydenta. – „Dziwi nas kierowców powtórna próba pozbycia się przez pana Prezesa tego niezwykle zaangażowanego i oddanego firmie pracownika”.
Pracownicy Zakładu Trolejbusowego nie kwestionują potrzeby zmian w dziale planowania, ale przeciwstawiają się kolejnej próbie degradacji ich kolegi. „Niestety nasza prośba została zignorowana bez słowa wyjaśnienia, co można uznać za przejaw lekceważenia nas kierowców. (…) Mamy nadzieję, że po interwencji pana Prezydenta, sprawa zostanie wyjaśniona z pozytywnym skutkiem, tym bardziej, że dochodzą nas głosy, że za poparcie (pada nazwisko Mirosława- red.) mają być wyciągnięte konsekwencje służbowe”.
– Bo to w tej firmie norma. Wyłapywanie ludzi, którzy się podpisali już się zaczęło – mówi nam jeden z pracowników miejskiej spółki.
W ramach modfikacji w firmie Mirosław dostał propozycję zmiany warunków pracy – na kierowcę autobusu-trolejbusu. Nie przyjął jej. – Prezes Kołciuk mówił mi, że to nie on podejmował te decyzje, tylko kierownicy działów. Ale od pracowników słyszałem potem, że wszystko zostało zdecydowane na „II piętrze”. Tak się u nas mówi o zarządzie. W nieoficjalnej rozmowie potwierdził to mój dotychczasowy kierownik – opowiada mężczyzna. Stanowiska pracy już nie miał, więc dwa dni przychodził do biura i nie robił nic. Poprosił na piśmie prezesa o wyjaśnienie tej niecodziennej sytuacji. W odpowiedzi dostał oddelegowanie na kierowcę – na trzy miesiące.
– Jak mam rozumieć tę sytuację? Czy w kontekście wydarzeń sprzed dwóch lat nie mam prawa uważać tego za mobbing? – pyta.
Po drugie: Nie pytaj, nie angażuj się
Jest zdenerwowana, ale stara się emocje trzymać na wodzy. Wieloletnia pracownica MPK długo opowiada o tym, co dzieje się w firmie. O tym, że gdy z zajezdni wyjeżdża trolejbus, to niedawno kupiona opona pęka już na pierwszym krawężniku. O tym, że zamontowane na dachach panele słoneczne są odłączane, bo akumulatory tego nie wytrzymują. O tym, jak unieruchomione już trolejbusy stają się magazynem części zamiennych.
Przy tych opowieściach jeszcze się trzyma. Ale po godzinie, gdy mówi o tym jak traktowani są ludzie w firmie, jej oczy zaczynają się szklić. – Jak można tak traktować ludzi? Jak można ich w ten sposób dzielić na swoich i obcych? Jak można ludzi szantażować i wprost im grozić? – pyta kobieta.
Nie jest pierwsza, która nam to mówi. Od kilku naszych rozmówców słyszymy, że w MPK jest kilka „zasad pracowniczych”. Po pierwsze – dostęp do dokumentów – jak rozliczenia finansowe czy listy płac – mają tylko ci, którzy nie zadają żadnych pytań. Osoby, które nie będą kwestionowały ich zasadności i poprawności.
Zasada druga brzmi: Nie pytaj, nie angażuj się.
– Im szybciej się do tego przyzwyczaisz tym lepiej. Jak będziesz potulny, to będziesz pracował i zarobisz. A jak zaczniesz pytać, to będziesz miał kłopoty – opowiada kobieta. I dodaje, że normą jest dyskretne „uciszanie” tych, którzy chcą wiedzieć za dużo. – Przychodzą ludzie i przepraszają, że nie podpisali się pod jakimś pismem, boją się bo ktoś ze związków, albo któryś z kierowników odradził podpisana. I co ja mam wtedy powiedzieć samotnemu ojcu, który musi mieć dużo kursów, dużo nadgodzin, żeby utrzymać siebie i dziecko?
Jak „uciszyć” niepokornego kierowcę? Najprościej obciąć mu dodatek za jakieś przewinienia. Można też dać mu mniej pracy, nie dać zarobić, wybrać trudniejsze i mniej opłacalne linie (krótsze, kursujące rzadziej).
– Jak ktoś przez trzy miesiące będzie dostawać niską pensję, to w końcu zatęskni za czasami, kiedy siedział cicho – słyszymy.
Jest jeszcze inny sposób. Działa na tych, których żona czy mąż pracuje w innej miejskiej spółce czy instytucji. Wtedy do podpadniętego pracownika zaczynają dochodzić słuchy, że ktoś wypytuje, gdzie pracuje jego małżonek, czym konkretnie się zajmuje. – To ma stworzyć atmosferę zagrożenia. Poczucia, że nie tylko twoje zatrudnienie jest zagrożone, ale w ogóle utrzymanie rodziny – opowiada jeden z pracowników.
Zarobki są świetne, a „atmosfera koleżeńska”
Pieniądze to w MPK sprawa kluczowa. – To grupa dobrze wynagradzana. Lepiej niż średniego stopnia urzędnik w firmie. 8-9 tys. zł brutto, jeśli chce się pracować – tak o zarobkach kierowcach mówił prezes Kołciuk na niedawnej konferencji prasowej.
Rzeczniczka prasowa spółki Weronika Opasiak wyliczała nam wówczas, że kierowca zarabia średnio 7980,92 zł brutto. W przypadku kierowcy z 20-letnim stażem jest to faktycznie 9785,58 zł brutto, a pracujący rok dostaje 7070,31 zł brutto.
Prawda jest jednak taka, że kierowcy pracują za stawkę godzinową zaczynając od najniższej z możliwych. Żeby uzbierać na dobrą pensję muszą jeździć, jeździć, jeździć… – 10 tys. zł miesięcznie? To jest możliwe. Ale trzeba mieć pełny etat plus wyjeździć sporą liczbę nadgodzin i jeszcze mieć duży staż pracy, żeby liczyć na takie pieniądze – mówi jeden z pracowników. A za nadgodziny MPK płaci wypłaca podwójną stawkę.
Brak kierowców i to od lat największa bolączka miejskiego przewoźnika i jeden z powodów kulejącej komunikacji. MPK Lublin z miejsca może zatrudnić ich kilkudziesięciu. Zarząd Dróg i Transportu Miejskiego właśnie prowadzi akcję zachęcającą do podjęcia takiej pracy. Na Facebooku pojawiły się właśnie filmy – o kobietach za kierownicą autobusów, o pracy wieloletniego kierowcy MPK. Jest też artykuł sponsorowany w Kurierze Lubelskim.
„Po kilku kursach po mieście z lubelskimi kierowcami, możemy śmiało powiedzieć, że są to pasjonaci, którzy po prostu kochają swoją pracę. Choć jest to zajęcie niezwykle odpowiedzialne i obarczone dużym stresem, to niesie ze sobą wiele profitów, a na monotonię nie ma tu miejsca” – czytamy. A cytowani w materiale kierowcy zachwalają: „Atmosfera jest koleżeńska. Nawiązują się mniejsze i większe relacje, i staramy się pomagać sobie nawzajem. Szczególnie nowym pracownikom, żeby mogli się wdrożyć i cieszyć się tą pracą”.
Brak kierowców sprawił, że ci zatrudnieni wyrabiają coraz więcej godzin nadliczbowych. Zgodnie z ostatnim sprawozdaniem spółki jeszcze w 2021 r. kosztowało to firmę ponad 2,5 mln zł. W 2023 roku już blisko 6,5 mln zł.
„Związki i zarząd to jedno”
Skoro jest tak źle, to dlaczego nie interweniują związki zawodowe?
– Warto też podkreślić dobrą współpracę Tomasza Fulary z załogą MPK Lublin oraz organizacjami związkowymi. Udało się odbudować dialog oraz poprawić komunikację wewnątrz Spółki. Teraz zdobyte doświadczenie będzie mógł wykorzystać w pracy dla rozwoju Lublina i samorządu sprawując funkcję zastępcy prezydenta ds. inwestycji i rozwoju – tak o Fularze pisał Dziennik Wschodni, gdy ten przechodził do Ratusza.
W firmie działają trzy związki zawodowe.
NSZZ Solidarność, którego przewodniczącym jest Krzysztof Dąbrowski. Jest też Związek Zawodowy Pracowników Komunikacji Miejskiej RP, którego przewodniczącą jest Małgorzata Gregorowicz. I Związek Zawodowy Kierowców i Obsługi Komunikacji, którym kieruje Piotr Kaczmarski.
– Związki i zarząd to jedno – stwierdza jeden z naszych rozmówców. I pokazuje powiązania. Mąż Małgorzaty Gregorowicz, Andrzej jest członkiem rady nadzorczej spółki – przedstawicielem załogi. To właśnie rada w czerwcu powołała nowy zarząd firmy z prezesem Kołciukiem na czele.
Słyszymy też o szybkim awansie córki przewodniczącej. Została planistką warsztatu, do jej obowiązków należy rozliczanie czasu pracy mechaników. – Wcześniej zajmowała się tym doświadczona pracownica. Ale została przeniesiona, żeby zrobić miejsce dla córki – relacjonują pracownicy.
Przewodnicząca Gregorowicz w rozmowie z nami tłumaczy, że nie wie co się obecnie dzieje w firmie, bo była na urlopie. Zapytana o córkę stwierdza: – Pracują tu żony, córki i mężowie wielu pracowników. A co do naszej rodziny, to jesteśmy wielopokoleniową pracującą w MPK.
Na dłuższą rozmowę umówiliśmy się za dwie godziny, ale wówczas pani przewodnicząca poprosiła o przesłanie pytań mailem.
Wnuczka przewodniczącego innych związków też tu pracuje. Obecnie zajmuje się trolejbusami, ale mówi się, że niedługo ma awansować. Na psychologa badającego kierowców.
– Kilka lat temu kierowcy dostali wyremontowany pokój, aby mieli gdzie odpocząć. Był tam chociażby stół do ping ponga. Teraz pokój został zabrany, bo będzie tam gabinet pani psycholog – słyszymy od pracowników MPK. Dodają, że do tej pory MPK własnego psychologa nie miało. – Wie pan, co to oznacza? Będzie testowała kierowców. Jeżeli kogoś zechce się wyrzucić, uznać że ktoś się nadaje, to nie przejdzie on badania psychologicznego.
Takie badania kierowcy muszą przechodzić co pięć lat, a jeżeli jest potrzeba to i częściej.
„Tak to się tu załatwia”
Wróćmy do sprawy Mirosława. W czwartek, 5 września, miał bladym świtem stawić na zajezdni, żeby odbyć praktyki jako kierowca. To konieczne, bo autobusu nie prowadził już kilka lat.
– Zawsze uważałem, że sprawy firmy powinny zostać „za szlabanem”. Teraz jednak sytuacja jest inna. Mam poczucie totalnej bezradności. Żadne argumenty do nikogo nie trafiają, wręcz nikt nie chce podjąć poważnej rozmowy. Jeden z kierowników, zapytany o to dlaczego brał w tym udział dwa lata temu, powiedział
, że tak było ustalone „na górze”, bo tak właśnie to się tu załatwia – mówi nam pan Mirosław.
Katarzyna Duma, rzeczniczka prasowa prezydenta Lublina nie odpowiada wprost, czy pismo kierowców trafiło na biurko Krzysztofa Żuka: – Obieg dokumentów, które wpływają do urzędu, szczegółowo określa Instrukcja kancelaryjna. Obowiązek jej stosowania dotyczy wszystkich państwowych i samorządowych jednostek organizacyjnych. Na jej podstawie każdy dokument wpływający do urzędu jest rejestrowany i drogą elektroniczną trafia do właściwej kompetencyjnie komórki, która na podstawie obowiązujących przepisów decyduje o dalszym toku postępowania.
I dalej zapewnia: – Prezydent Tomasz Fulara doskonale zna specyfikę funkcjonowania MPK i jest w stałym, bieżącym kontakcie z zarządem spółki, który, zgodnie z kompetencjami, będzie podejmować właściwe w tej sprawie działania.
Zadaliśmy też kilka pytań MPK Lublin. Zapytaliśmy m.in. o sprawę pana Mirosława czy o członków rodziny działaczy związkowych. Najpierw usłyszeliśmy, że spółka odpowie w ustawowym terminie czyli 14 dni. Dziś rzeczniczka prasowa poinformowała, że z powodu choroby nie będzie jej w pracy do końca tygodnia.
Na koniec ubiegłego roku MPK zatrudniało ponad 1100 osób. Większość z nich to kierowcy. Do tematu wrócimy.



