Wesprzyj Kontakt

11 minut czytania  •  17.05.2026 14:00

„Nie ma dla mnie miejsca w Lublinie”. Rozmowa z Simoną Kasprowicz

„Nie ma dla mnie miejsca w Lublinie”. Rozmowa z Simoną Kasprowicz

Udostępnij

– Jestem chodzącym upolitycznieniem oporu. Nie wiem jakim cudem przetrwałam szkołę. Nie wiem jak przetrwam życie, ale płynę – mówi Simona Kasprowicz w rozmowie z Jakubem Szafrańskim. – Przyjmujmowałam różne strategie przetrwańcze. Jedną z nich była osobowość ekstatycznej męczennicy, którą zachowałam do dzisiaj.

Skąd twoje zainteresowanie kulturą? Domyślam się, że jeszcze z czasów szkoły średniej.

– Wcześniej. Swoje pierwsze przedstawienie wyreżyserowałam już w zerówce. I było to przedstawienie queerowe, bo chodziło o Muminki. W szkole podstawowej działałam już artystycznie na całego. Była to szkoła katolicka imienia Świętej Jadwigi Królowej. Nie pozdrawiam.

Nauczyciele nie wspierali twoich talentów?

– Może przesadzam… Jakieś możliwości były. Wygrałam konkurs piosenki katolickiej wykonując autorski utwór pod tytułem „Chcę zobaczyć Jezusa” na melodię „I Wanna Dance With Somebody Whitney Houston”. Albo na zakończenie szóstej klasy odtworzyłam „Vogue” Madonny z The Blond Ambition Tour. Zaprezentowałam to w przykościelnej salce wraz z moimi dwiema koleżankami. Udało mi się wcześniej przekonać nauczyciela W-F żeby móc zamiast kopać piłkę, przygotować choreografię do występu.

Ale to chyba nie nauczyciel W-Fu był twoim artystycznym mentorem?

– W ogóle nie miałam przewodniczki w postaci figury nauczycielskiej. Na mnie zstąpiła Madonna i pozostaje ona moją matka, buforem dla świata i pośredniczką kontaktu z tożsamością. Wówczas nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dopiero teraz z perspektywy czasu mogę sobie powiedzieć, że wszystko czym się zajmuje jest ciągłością od wczesnych lat życia. Niedawno zaczęłam pracę nad filmem, który pokaże Madonnę jako moją matkę i przeniesie to na postać Maryji oraz zagadnienie matczynności jako takiej.

Zakładam jednak, że w szkole nie miałaś lekko?

– Cały proces socjalizacji osadzony mam mocno w katolicyzmie i mówię o sobie, że powstałam w kontrze do niego. Jestem chodzącym upolitycznieniem oporu. Nie wiem jakim cudem przetrwałam szkołę. Nie wiem jak przetrwam życie, ale płynę.

Pamiętam jak w liceum jedna z nauczycielek powiedziała, że nauczyciele jakby mogli, to by mnie ukamienowali. Taki dostałam feedback. Później było klasyczne, rówieśnicze prześladowanie z powodu mojego „pedalstwa”. Radziłam sobie z tym przyjmując różne strategie przetrwańcze. Jedną z nich była osobowość ekstatycznej męczennicy, którą zachowałam do dzisiaj. Udało się, bo przecież żyję, ale nie były to komfortowe i bezpieczne warunki rozwoju. Nie wspominam tego dobrze.

Jak na takich podstawach zbudowałaś się jako menedżerka kultury?

– Od szkoły uciekałam do Młodzieżowego Domu Kultury nr 2. Kształciłam się tam wokalnie, zaczęłam robić autorską muzykę, mogłam pracować plastycznie.

To była bezpieczna przestrzeń?

– Bezpieczniejsza niż szkoła. Miałam indywidualne lekcje wokalne, zajęcia z plastyki z nauczycielką, która została moją przyjaciółką. Z czasem i tam miały miejsce dramatyczne sytuacje, które na trwałe odcisnęły we mnie piętno, ale to coś innego niż opresja szkoły.

Gdzie jeszcze szukałaś inspiracji?

– Wzięłam udział w olimpiadzie teatrologicznej. W przygotowaniach pomagał mi Grzesiek Kondrasiuk, który jest dzisiaj jednym z kuratorów programu Europejskiej Stolicy Kultury 2029. To były wspaniałe korepetycje. Zdobyłam sobie niezłe rozeznanie jeśli chodzi o świat lubelskich instytucji, ale w tamtym czasie liczyło się tylko Centrum Kultury. W ciemno napisałam maila z pytaniem o wolontariat związany z teatrem. Marta Keil i Grzegorz Reske przywozili wtedy na Konfrontacje Teatralne pozycje totalnie wyprzedzające swój czas oraz możliwości percepcyjne polskiego czy lubelskiego widza. Dostałam szansę na wolontaryjną pracę przy organizacji tego wydarzenia.

Czyli dzięki swojej pasji mogłaś liczyć na mentoring?

– Tak, taki mikromentoring polegający między innymi na prostej sugestii, żeby czytać ZOOM. Tam było wszystko co trzeba wiedzieć, dokąd się wybrać, co warto zobaczyć w Lublinie. Wtedy internet nie działał jeszcze tak jak dziś.

W swoim czasie dla mnie też ZOOM był bardzo ważny. Taki ZOOM powinnien regularnie trafiać do wszystkich skrzynek pocztowych w mieście. Widziałem coś takiego w San Sebastian w 2016 roku.

– Na takie rzeczy trzeba budżetu, którego w Lublinie nikt nie chciał wówczas zapewnić.

Czyli kluczowa dla twojej ścieżki, była życzliwość otwartych, nieuprzedzonych osób ze świata kultury.

– To była właściwość środowiska teatralnego. Tworzyło ono przestrzeń przekręconą, queerową. W każdym razie, udało mi się dotrzeć do finału olimpiady. Zostałam wyposażona w narzędzia poznawcze odpowiednie do tego, by eksplorować wymagającą twórczość Krzysztofa Warlikowskiego, która mnie fascynowała. Miałam też otwartą drogę na dowolne studia.

Niech zgadnę: kulturoznawstwo lub animacja kultury.

– Wybrałam studia międzywydziałowe z wiodącą filozofią. Miało mi to pomóc uporządkować sobie świat. Pomimo wszystkich moich przykrych doświadczeń z katolicką edukacją wybrałam KUL.

To w końcu kolebka lubelskiej nomen omen kultury. Nie ma dyskusji o kulturze bez Leszka Mądzika…

– Na pierwszych ćwiczeniach z etyki, wykładowca postanowił rozluźnić atmosferę dowcipem. „Przychodzi Anna Grodzka do lekarza. No i lekarz do Anny Grodzkiej: Pani Aniu, polityka polityką, ale prostatę trzeba zbadać”. Cała sala w śmiech a ja zastanawiam się, co tam robię. Chwilę później zabrałam papiery i poszłam na UMCS. Mam za sobą pracę w fundacji założonej przez Annę Grodzką. Jest ona moją znajomą, była na premierze mojego filmu.

UMCS był kulturalniejszy niż KUL?

– Tak, ale ja już zdążyłam zdać sobie sprawę, że z akademią mi nie po drodze. Skończyłam rok filozofii i zmieniłam na kulturoznawstwo. Brałam dużo dziekanek i w pewnym momencie wydawało się, że wykładowcom bardziej zależy na tym, żebym zrobiła licencjat niż mi samej. Powiedzmy, że uczyłam się przez eksperymenty. System, w którym ktoś ma mówić a ja słuchać i notować, mi nie odpowiada. Chcę być traktowana po partnersku, wchodzić w dialog z wiedzą. Po za tym musiałam zarabiać pieniądze na życie.

Czyli wolontariaty, praktyki i staże?

– Chciałam trzymać się ścieżki otwartej wolontariatem w Centrum Kultury. Równolegle byłam wolontariuszką w Teatrze Starym. Swój pierwszy projekt zrobiłam tuż po liceum. To była duża rzecz, wydarzenie towarzyszące festiwalowi. A wracając do wspomnianego Leszka Mądzika to tych nestorów jest więcej. Jest Janusz Opryński, do którego wciąż mam szacunek, czy Tomasz Pietrasiewicz. Ale to bez znaczenia, bo o ile wielu twórców dokonywało symbolicznego ojcobójstwa na swoich mistrzach to ja dokonałam go na idei mistrzostwa jako takiej. Ja ze swoimi nauczycielami wolałam się przyjaźnić i chodzić na piwo niż stawiać ich na piedestałach.

Mówisz, że musiałaś zarabiać na życie, a wolontariat to przecież praca za darmo.

– Ale daje pewne szanse. Jakiś potencjał zobaczyła we mnie Ksenia Duńska z Centrum Kultury. To od niej dostałam pierwsze odpłatne zadania, pierwszą pracę w kulturze i pierwszą pracę zarobkową w życiu. Nie musiałam zaczynać od rozdawania ulotek czy plakatowania miasta tylko od razu mogłam być, na przykład, asystentką zespołów zagranicznych.

Pamiętam cię z różnych swoich wizyt w Centrum Kultury. Mogło się wydać, że stamtąd nie wychodzisz.

– W CK chciało się wówczas żyć. Ja byłam maksymalnie zaangażowana i oddałam tej instytucji bardzo dużo. Poznałam wspaniałe osoby i zrealizowałam stypendium Prezydenta Lublina. Dostałam je, bo bardzo się zmobilizowałam do napisania wniosku, ale fakt, że pięć ważnych osób poparło go rekomendacją, też nie był bez znaczenia. Byłam kasjerką, bileterką, ale też producentką, kuratorką, artystką.

To dlaczego w twoim głosie słyszę gorycz?

– Przepracowałam w CK pięć lat, ale nigdy nie dostałam tam etatu. To wszystko były umowy zlecenia poprzetykane umowami o dzieło. Zawsze miałam wrażenie, że jest tam jakiś szklany sufit, który pozwalał zachęcać mnie do aktywności, a jednocześnie trzymać nisko przy ziemi. Dostawałam dużo wsparcia, a jednocześnie byłam upupiana i powściągana. Znalazłam się w dołku psychicznym, wpadłam w chorobę alkoholową. To był tylko epizod, ale zdarzało mi się nie pojawiać w pracy, spóźniać się, przychodzić na kacu. Byłam w kłopocie i mam żal do CK, że nie dostałam wtedy wsparcia tylko mnie wyrzucono. O prekarnych warunkach pracy w kulturze mogłabym opowiadać godzinami. Na 11 lat przepracowanych w rozmaitych instytucjach, etat miałam przez rok. I to w prywatnej firmie.

Straciłaś zlecenia z Centrum Kultury.

– I wkrótce po tym z Bramy Grodzkiej. Nie przedłużono mi umowy.

Co się robi w Lublinie w takiej sytuacji?

– Dorywcze prace przy wydarzeniach, wystawach, wernisażach. Trzeba liczyć na znajomych. W pewnym momencie bardzo pomogła mi edukatorka Jola Sienkiewicz-Prochowicz. Zostałam jej asystentką, dostałam pracę w firmie dystrybucji filmowej, w której pracowała.

Ty też działasz na rozmaitych polach. Masz duży wachlarz kompetencji. Pracodawcy tego nie doceniają?

– Od dwóch lat jestem bezrobotna. Wysłałam CV do bodaj wszystkich instytucji pracujących w obszarach mojego doświadczenia zawodowego. Pozostały bez odpowiedzi. Jestem skazana na czekanie, aż ktoś znajomy sobie o mnie przypomni i się odezwie z jakimś zleceniem. Na otwartym rynku pracy jestem niewygodna. Moje ciało mówi co czuje i myśli. Moje ciało jest polityczne, a w otaczającej nas rzeczywistości, wciąż dominuje transfobia. Wiem to, bo jestem w kontakcie z wieloma osobami transpłciowymi. Moje doświadczenia nie są odosobnione.

To dlaczego wyjechałaś z Lublina?

– Nie ma dla mnie miejsca w Lublinie. Najlepszym i najbardziej gorzkim tego przejawem jest fakt, że Żurawia, czyli coroczne wyróżnienie dla osób tworzących lubelską scenę kulturalną, dostałam w czasie gdy byłam bezrobotna. Mój wkład w animację lokalnej kultury został doceniony symbolicznie i nagrodą finansową, gdy nikt w mieście nie chciał mnie zatrudnić. Współtworzyłam Fundację Camera Femina, Festiwale Kina Kobiet Demakijaż i Queerz Get Loud, spotkania autorskie w Bramie Grodzkiej gdzie starałam się pokazywać intersekcjonalność kultury queer oraz feminizmu oraz moje autorskie performanse, scenografie czy instalacje. To wszystko sprawia, że czuję się matką lubelskiego queer’u.

A dlaczego queer jest ważny?

– Jest subwersywny czyli penetruje skostniałe, dominujące, dysfuncyjne normy i struktury społeczne. Robi to by obalić je od środka posługując się zaskakującymi formami jak pokazy Drag czy krytyczna pornografia. Subwersywna sztuka wyprzedza porządek, bierze go z zaskoczenia, przekształca. Jest w tym skuteczna i niebezpieczna. Normatywny, okrzepły, mieszczański porządek potrzebuje od czasu do czasu skandalu, żeby się w nim przejrzeć lub rozerwać, ale gdy kontrkultura staje się zbyt śmiała i rewolucyjna to przechwytuje się jej symbolikę i wplata w system konsumpcji czy władzy. Posługuje się nią dla własnych celów.

W Lublinie mamy tego świetne przykłady. Widziałaś jak dyrektorzy i dyrektorki podlegli wydziałowi kultury zostali wezwani na dywanik żeby wyrazić wsparcie dla zatrzymanej przez CBA wiceprezydent miasta. Lubelskie instytucje kultury zostają bezpośrednio zaangażowane jako narzędzie samorządowej propagandy.

– Dotyczy to również kultury queer. Do aplikacji o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2029 wpisano Queerz Get Loud Festival, za który dzisiaj odpowiadają Joanna Bednarczyk, Weronka Modrzejewska-Rubin i Anastas Krusińska oraz przegląd filmów Let’s Start The Revolution. To bardzo ważne, świetne wydarzenia, ale dotychczas ich organizatorki (a warto jeszcze wspomnieć Bartosza Wójcika, Jolę Sienkiewicz-Prochowicz, Alicję Sienkiewicz-Prochowicz, Alinę Synakiewicz i Emilię Wiśniewską) musiały walczyć o każdą złotówkę żeby spiąć choćby minimalny budżet. Jubileuszowa edycja festiwalu zawdzięczała rozmach holenderskiej ambasadzie, która wsparła tę inicjatywę finansowo. To było dwa lata temu. Festiwalu obecnie nie ma, a rok temu odbył się w jakiejś mikroformie. Tymczasem bez wykazania się działaniami na rzecz wkluczania osób LGBTQIA+ kandydatura Lublina nie miałaby żadnych szans.

Śledzisz doniesienia z Lublina?

– Do niedawna tak było i starałam się nawet działać na dwa miasta.

Znam wiele osób sektora kultury lub organizacji pozarządowych, które przyjechały pracować w Warszawie. Momentalnie zapominają one o rodzinnych miastach i skupiają się na życiu w stolicy. Tymczasem lubelska diaspora pozostaje zaangażowana i tu i tam.

– Tak. Ja tłumaczę to prosto: to Syndrom Sztokholmski. Mnie już przeszło i tak jest lepiej. Tyle, że odbyło się to w bardzo brutalny sposób. Przyjechałam do Lublina z moim filmem Fucking with Marilyn. Projekcja odbyła się w kinie Centrum Kultury więc w moim mateczniku. Bardzo mi na tym zależało i osobiście zaprosiłam wiele znajomych. Na seans przyszło może 10 osób. Mega rozczarowanie. To był poniedziałkowy wieczór, więc umówmy się, że raczej nikt nie miał wtedy nic ciekawszego do roboty. Najgorsze stało się jednak po projekcji. Zostałam zaatakowana i skopana tuż pod budynkiem CK. To był atak homofobiczny. Od tamtego momentu wiem, że Lublin ani mnie nie chce ani mnie nie chroni. W Warszawie przynajmniej nie boję się chodzić po ulicach.

Czyli trzeba sobie powiedzieć jasno, że Lublin ma wiele do nadrobienia w kwestii ochrony praw osób LGBTQIA.

– Na pewno kłamstwem jest chwalenie się otwartością na kulturę LGBTQIA+ w aplikacjach do europejskich projektów. Wiele dobrego działo się w Galerii Labirynt, Piwnicy Labiryntu czy Centrum Kultury, ale to były bunkry. Tak to nazywam. Można było się w nich chwilowo poczuć bezpiecznie, ale wychodziło się stamtąd prosto na wrogą ulicę.

Możemy coś podpowiedzieć osobom odpowiedzialnym za inkluzywność Lublina. Co się musi twoim zdaniem wydarzyć najpilniej?

– Mam doświadczenie z pracy nie tylko w sektorze kultury ale również w organizacjach antydyskryminacyjnych, które zajmują się na co dzień proponowaniem takich rozwiązań. To nie są skomplikowane rzeczy. Po pierwsze przy departamencie kultury powinna zostać zatrudniona osoba rzecznicza, do której sami mieszkańcy mogliby zgłaszać swoje uwagi. Po drugie, wszyscy bez wyjątku pracownicy urzędu powinni przejść szkolenie antydyskryminacyjne. Po trzecie, w departamencie kultury przy zadaniach dotyczących polityk wkluczających powinny pracować osoby LGBT+, które na co dzień konfrontują się z homofobią na ulicach Lublina.

Piszesz książkę autobiograficzną. Może chcesz przytoczyć na koniec jakiś fragment albo epizod?

– To wszystko jest o miłości, w którą już musisz nie wierzyć, żeby przetrwać w tym świecie. Uświadamiasz sobie, że przez ponad 30 lat nikt nie objął cię miłością. A ponad wszystko chciałabyś, żeby ktoś cię przytulił, tak naprawdę. Żebyś mogła opaść w ramiona, zasypiać na łyżeczkę, półsiedzieć w uścisku. Bez cienia myśli o tym, kiedy osoba cię z siebie zrzuci i zniknie tak po prostu. Ale nie ma, nie ma i nie będzie. I co? Układasz się w jakiejś pseudopłodowej pozycji, bujasz się jakbyś była w apogeum choroby sierocej, i udajesz, że najtańsza kołdra z Jyska jest obciążająca, bo na prawdziwą cię nie stać. Żyjesz wczoraj, coraz bardziej wyobcowana z czasu, przestrzeni i ciągle spóźniona. Naiwnie czekasz na moment przełomu, który nastąpi nigdy. Wiesz o tym. To właśnie ten przełom – wiedza, że go nie będzie. Reszta to logistyka przeżycia. Tak właśnie zabija się siebie, pozostając wiecznie żywą.

Simona Kasprowicz (ur. 1995) – artystka intermedialna na przecięciu performansu, wideo, muzyki, obrazu, rzeźby, obiektu, poezji i kuratorstwa. Tworzy wielowarstwowe narracje badające relacje między cielesnością, tożsamością a przestrzenią. W centrum jej zainteresowań znajdują się zagadnienia queerowości, seksualności, polityki afektywnej i artywizmu. Nagrywa autorski podcast i prowadzi stronę internetową.

8 komentarzy

  • piotr pisze:

    opowieść o nierobie…

  • piotr pisze:

    wywiad z nierobem zrobiony przez nieroba

  • cudzy nick pisze:

    Boże, co za brednie. Cytuję: „pozycje totalnie wyprzedzające swój czas oraz możliwości percepcyjne polskiego czy lubelskiego widza”. I mówi to osoba, która miała problem ze skończeniem studiów? Serio? Jakim to prawem ocenia ona możliwości innych widzów? Kim jest by stawiać się ponad nich? Drogi człowieku, nie wystarczy robić z siebie ofiary nierozumianej przez Wszechświat by mienić się artystą.

  • Jaskółki nowych ahtystycznych czasów pisze:

    Kolejny przykład udanie zrealizowanej koncepcji wysnutej przez wielkiego Polaka, Ferdynanda kiepskiego, czyli „jak zrobić żeby zarobić, a się nie narobić”.

    Artystycznemu aktywiszczu gratulujemy i życzymy wszystkiego dobrego i zdrowia psychicznego.

  • Kili pisze:

    do roboty, a nie szukanie koryta za frajer

  • It's okay to be gay pisze:

    A sprawę tego skopania pod CK zgłosiła odpowiednim służbom, czy to może kolejny z wyimaginowanych homofobicznych ataków, tak popularnych wśród tych środowisk?

  • Lubelak pisze:

    Komentarze potwierdzają homofobiczność Lublina :'(

  • Lubię być nierobem pisze:

    Choć to prawda, że z LGBT osób są atencjusze, trzeba im oddać zrozumienie: takie czucie się innym wśród ludzi jest ciężkie. A całe to gadanie o kulturze potwierdza tylko, że do „stolicy kultury” jeszcze stoi nam daleka droga, również przez paraliżujący budżet. Co do komentarzy: cóż, wasza podejście do kultury, już ograniczone z ignorancją®, zapewne ogranicza się do pójścia na okazjonalny popcorniak gdzie wydacie masę kasy na rodzinę i śmieciowe żarcie w multipleksie, by potem narzekać że wydaliście na to wszystko 250+zł, a wystarczyło pójść do jakiegokolwiek muzeum za ⅕ tej kwoty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *