Wesprzyj Kontakt

10 minut czytania  •  19.04.2026 12:18

„Najpierw emeryci”. Zastępca prezydenta Lublina o zwolnieniach w przedszkolach i szkołach

„Najpierw emeryci”. Zastępca prezydenta Lublina o zwolnieniach w przedszkolach i szkołach
Mariusz Banach jest zastępcą prezydenta Lublina od 2018 roku (Fot. UM Lublin)

Udostępnij

– Najtrudniejsza sytuacja będzie w samodzielnych przedszkolach. Nie mogę jeszcze podać żadnych ostatecznych liczb, bo wciąż walczymy o utrzymanie jak największej liczby etatów – mówi Mariusz Banach, zastępca prezydenta Lublina.

Dziękujemy, że nas czytacie, wspieracie, wierzycie w sens tego, co robimy. Nie robimy tego dla nagród. Nagrody to zaszczyt, ale też ogromne zobowiązanie.

Kiedy nauczyciele z przedszkoli, szkół podstawowych i ponadpodstawowych będą mieli wręczane wypowiedzenia lub nie będą im przedłużane umowy o pracę?

reklama JL newsletter 844x275 1
10.2023 wsparcie 844 x 490 px 260 x 260

Najtrudniej jest oczywiście w przedszkolach, gdzie efekt dramatu niżu demograficznego jest najwyraźniej widoczny. To zjawisko realnie wpływa na funkcjonowanie całego systemu edukacji, dlatego mówiąc „dramat” mam na myśli prawdziwie trudną sytuację, a nie jakieś przesadzone reakcje.

Nasz system mamy przygotowany do określonej liczby urodzeń w mieście – 3,5 tysiąca dzieci w szkole podstawowej, 5 tysięcy w szkole ponadpodstawowej. Tymczasem z roku na rok liczba urodzeń spada, w ubiegłym roku urodziło się w Lublinie 1800 dzieci. I to nie jest żaden przejściowy etap. Tak już będzie.

A co ze zwolnieniami? Rekrutacja do przedszkoli zakończyła się 13 marca, a do szkół podstawowych 16 marca.

Dziś jesteśmy jeszcze na etapie analiz. Za nami pierwszy etap rekrutacji, a pełniejszy obraz sytuacji będziemy mieli w momencie ogłoszenia list przyjętych do przedszkoli i szkół. Już teraz jednak widać wyraźnie, że w tym roku w przedszkolach pozostaje ponad 500 wolnych miejsc.

Robimy wszystko, żeby te oddziały w możliwie największym stopniu uzupełnić. Ale fakty są takie, że jeśli dzieci jest mniej, to siłą rzeczy oddziałów również będzie mniej.

Będziecie nakłaniać rodziców, żeby nie zapisywali dzieci do przedszkoli prywatnych, a do publicznych?

Chodzi raczej o promowanie publicznych placówek i pokazywanie ich oferty. Chcemy, żeby rodzice świadomie wybierali, mając pełną wiedzę o tym, co oferują miejskie przedszkola.

592743967_25260306130303980_7204358097813101596_n
Mariusz Banach i wiceministra edukacji Katarzyna Lubnauer (Fot. Mariusz Banach Facebook)

Przez lata prywatne przedszkola ratowały sytuację, bo miejskie placówki nie były w stanie przyjąć wszystkich chętnych. Miasto podpisywało umowy z przedszkolami niepublicznymi, żeby tych miejsc było jeszcze więcej. Dziś publiczne konkurują z niepublicznymi?

Dziś w pewnym sensie możemy mówić o konkurencji, choć warto pamiętać, że oba te systemy się uzupełniają. Mamy obecnie około 8 tysięcy miejsc w przedszkolach publicznych oraz 5 tysięcy w niepublicznych. To korzystny podział, w niektórych miastach proporcje są odwrotne.

Powiem wprost, że gdyby patrzeć wyłącznie przez pryzmat kosztów, to utrzymanie dziecka w placówce niepublicznej, poprzez dotację, jest dla miasta tańsze niż prowadzenie własnego przedszkola. Ale edukacji nie można sprowadzać tylko do rachunku ekonomicznego, nie traktujemy jej w ten sposób.

Faktem jest, że przedszkola w Lublinie nie są likwidowane.

Wypracowaliśmy rozwiązanie, z którego korzystają dziś także inne miasta. Tworzymy zespoły szkolno-przedszkolne, czyli łączymy funkcjonowanie przedszkoli i szkół podstawowych w ramach jednej struktury. To daje dyrektorom realną elastyczność w zarządzaniu kadrą. Jeśli w danym roku jest mniej najmłodszych dzieci, nauczycielki mogą pracować w świetlicy, bibliotece czy w edukacji wczesnoszkolnej. Dzięki temu ograniczamy konieczność zwolnień. Na tym nam najbardziej zależy.

Ale zwolnienia będą.

Pracy w przedszkolach będzie mniej, bo po prostu brakuje dzieci. W pierwszej kolejności odejścia będą dotyczyć osób, które mają już uprawnienia emerytalne. Tak zakładamy, choć oczywiście nie mamy żadnego narzędzia prawnego, żeby kogokolwiek do tego zobowiązać.

Dyrektorzy szkół mówili mi, że często wolą trzymać emerytów. Dla nich ważne jest doświadczenie, umiejętności i dyspozycyjność. Młody nauczyciel ma rodziców i dzieci, które chorują i trzeba brać zwolnienia.

Ja to słyszę nawet częściej niż pan, bo z dyrektorami rozmawiam na co dzień. Rzeczywiście w wielu przypadkach to nie jest prosta decyzja, bo emerytowany nauczyciel wnosi doświadczenie, stabilność i dyspozycyjność, której czasem trudno oczekiwać od młodszych osób.

W niektórych przedmiotach dochodzimy do momentu, w którym bez nauczycieli w wieku emerytalnym nie ma kto uczyć. Dotyczy to zwłaszcza tzw. „przedmiotowców”, czyli fizyki, chemii czy geografii. Młodych absolwentów tych kierunków jest po prostu zbyt mało. Dlatego w wielu obszarach nadal będziemy potrzebować nauczycieli emerytowanych.

I uprzedzę pana kolejne pytanie o to, czy odpowiedzią na niż demograficzny mogłoby być tworzenie mniejszych oddziałów.

Sądzę, że nie zawsze to jest korzystne.

Pedagodzy twierdzą, że zmniejszanie liczebności grup ma swoją dolną granicę, poniżej której przestaje ona pełnić już funkcję środowiska odniesienia dla dzieci i zamiast efektu „ciągnięcia w górę” może pojawić się coś odwrotnego. Dlatego tworzenie oddziałów liczących np. ośmioro dzieci wcale nie jest wychowawcze. To nie jest dobre rozwiązanie ani dla rozwoju społecznego dzieci, ani dla funkcjonowania szkoły.

Druga kwestia to koszty. System finansowania oświaty w Polsce jest taki, że środki idą „za uczniem”, ale koszty pracy pozostają takie same niezależnie od tego, czy klasa liczy trzydziestu czy piętnastu uczniów. Ma to bardzo konkretne konsekwencje finansowe dla samorządów.

Duży oddział kalkuluje się lepiej?

W sensie czysto finansowym większe oddziały są bardziej efektywne pod względem kosztów, ale jak już wspomniałem pieniądze nie są tu jedynym kryterium.

Musimy patrzeć na cały system odpowiedzialnie, dlatego sprawdzamy różne scenariusze. Gdybyśmy w Lublinie mieli oddziały 17-osobowe w szkołach, oznaczałoby to konieczność zwiększenia wydatków na edukację o dodatkowe 250 mln zł rocznie.

508599351_10031787393525533_7485857795934799387_n
Rok 2014. Mariusz Banach, Piotr Kowalczyk i Krzysztof Żuk (Fot. Mariusz Banach Facebook)

Dobrze, ale nadal nie odpowiada pan na pytanie: kiedy dyrektorzy przedszkoli i szkół staną przed takim realnym pytaniem i będą musieli wręczyć wypowiedzenia?

Wynika to z Karty Nauczyciela, do końca maja dyrektorzy przekażą nauczycielom informacje dotyczące ewentualnych zmian w zatrudnieniu. Najtrudniejsza sytuacja będzie w samodzielnych przedszkolach. Na dziś nie mogę jeszcze podać żadnych ostatecznych liczb, bo wciąż walczymy o utrzymanie jak największej liczby etatów.

Na początku maja spotkamy się w gronie dyrektorów wszystkich jednostek. Spotkanie trwa zwykle kilka godzin, a każdy dyrektor przedstawia wtedy, gdzie ma nadwyżki kadrowe, gdzie braki i kogo może ewentualnie przekazać do innej placówki.

Czyli dyrektor szkoły ogłasza, że musi zwolnić czterech nauczycieli i szuka szkół, które ich przyjmą?

Tak, takie spotkania odbywają się co roku, ale tym razem ta rozmowa będzie zdecydowanie trudniejsza.

Za trzy lata tak samo będzie w podstawówkach.

Już na etapie naborów widzimy podobny trend, choć oczywiście niczego jeszcze nie przesądzam, bo rekrutacja nadal trwa. Zmienia się też kontekst, ponieważ jeszcze dwa, trzy lata temu staraliśmy się ograniczać przyjęcia dzieci spoza Lublina. Dziś sytuacja jest odwrotna, przyjmujemy wszystkich chętnych.

Pamiętam te czasy, kiedy rodzicom mieszkającym np. w Jakubowicach, a pracującym w Lublinie, wygodniej było odwozić dziecko do szkoły w Lublinie. Tyle, że jest rejonizacja. Trzeba było kombinować z zameldowaniem.

Mamy szkoły, które w dużej mierze funkcjonują dzięki dzieciom spoza Lublina. Przykładem jest SP nr 10 na Kalinowszczyźnie, gdzie uczęszczają głównie dzieci z Turki. Dziś patrzymy na to zupełnie inaczej i traktujemy jako coś naturalnego i pozytywnego. Podobnie SP nr 48 na Zadębiu, do której chodzą dzieci z Wólki.

Kiedy niż dotrze do szkół ponadpodstawowych?

Najwcześniej za siedem lat.

Ale o ile w podstawówkach jest rejonizacja, to LO może przyjąć uczniów spoza rejonu. Lubelskie szkoły ponadpodstawowe mają uczniów ze wszystkich okolicznych gmin.

W pewnym stopniu niż demograficzny dotrze także do szkół ponadpodstawowych, a w dalszej perspektywie, za około 10 lat, będzie widoczny również w szkołach wyższych. To będzie poważne wyzwanie systemowe. Dlatego już dziś szkoły ponadpodstawowe w Lublinie rozwijają współpracę z uczelniami wyższymi. Uczelnie podpisują porozumienia z konkretnymi szkołami, ale w praktyce często chodzi o współpracę z określonymi klasami. Dzięki temu uczniowie mogą korzystać z zajęć w laboratoriach uczelni, na przykład z biologii na Uniwersytecie Przyrodniczym. Funkcjonują też profile i klasy o specjalistycznym charakterze, jak choćby klasy dyplomatyczne we współpracy z KUL.

Dzieci coraz mniej, nauczycieli potrzeba mniej, to dlaczego miasto planuje budowę nowej szkoły przy ulicy Majerankowej czy rozbudowę żłobka przy ul. Zelwerowicza?

Widzimy jak będą rozwijały się poszczególne części miasta i które z nich już wkrótce zaczną przechodzić bardzo intensywny rozwój inwestycyjny. Powstaną nowe osiedla, a wraz z nimi pojawi się potrzeba zapewnienia miejsc w szkołach i przedszkolach dla nowych mieszkańców.

Decyzja o budowie szkoły nigdy nie jest prosta, bo to inwestycje liczone w dziesiątkach milionów złotych. Mamy też doświadczenia szkoły przy ul. Berylowej. Z tego powodu decyzje podejmujemy z dużą ostrożnością, patrząc nie tylko na demografię, ale też na rozwój przestrzenny miasta i nowe osiedla.

Berylowa to kilka lat planowania, budowy, otwarcie wielkiej, nowoczesnej szkoły w 2020 roku, która momentalnie okazała się za mała.

Tak. A co więcej, tak duże zainteresowanie dotarło jeszcze bardziej na ul. Roztocze do SP nr 50, bo okazało się, że rodzicom ta szkoła nadal bardzo się podoba. Przygotowaliśmy w tym roku miejsce dla 10 oddziałów klas pierwszych w szkole przy Berylowej, podobne zapotrzebowanie wykazuje „pięćdziesiątka”. Najlepszym rozwiązaniem byłoby budowanie szkół na kółkach, tylko że to jest niemożliwe.

Kiedy w 2010 roku Izabella Sierakowska kandydowała na prezydenta Lublina, proponowała budowę szkół modułowych, kontenerowych, które można rozbudować w czasie wyżu i zmniejszyć, gdy dzieci jest mało.

To nie jest w Polsce nowe podejście, bo w wielu krajach takie rozwiązania funkcjonują od lat. Ja też miałem bardzo konkretny pomysł związany z budową szkoły w takim modelu, ale spotkał się on z nieprzychylną reakcją.

Czyją?

Różnych osób. Padały argumenty, że rodzice nie zaakceptują szkoły w takiej formie. A dziś te rozwiązania wyglądają już zupełnie inaczej. Nowoczesne modułowe budynki nie mają nic wspólnego z dawnym wyobrażeniem, ale rzeczywiście wciąż istnieje bariera mentalna. I pewnie musi minąć jeszcze trochę czasu, zanim to podejście się zmieni.

Szkoła przy ul. Majerankowej nie będzie chwilę po wybudowaniu stała pusta?

Za chwilę w tej okolicy zaczną się nowe inwestycje i nie chodzi tylko o Ponikwodę. Szkoła Podstawowa nr 4 przy ul. Hiacyntowej ma już dziś pełne obłożenie, a w rejonie między Choinami a IKEA również spodziewamy się intensywnego rozwoju zabudowy mieszkaniowej.

Nie planujemy w tym miejscu budowy kolejnej szkoły, ponieważ na Czechowie mamy wystarczającą liczbę placówek. Skupiamy się natomiast na racjonalnym zarządzaniu całą siecią szkół w mieście i dostosowywaniu jej do rzeczywistych potrzeb.

A zaraz zaczną się prośby i apele o budowę szkoły w okolicy Ikea.

Co prawda jest tam SP nr 43, ale faktycznie jest do niej kawałek drogi. Ta część miasta to dla nas newralgiczny obszar, ale myślę, że sobie z tym poradzimy. Tak jak przy Zalewie Zemborzyckim, gdzie powstało sporo bloków, a kłopotów ze szkołami nie ma.

Z drugiej strony są takie rejony miasta, jak centrum, gdzie szkół za chwilę będzie za dużo i będzie je trzeba zamykać.

Nie wszystkie szkoły w centrum mają takie same problemy. Przykładowo, próba zapisania dziecka do SP nr 18 wciąż jest trudna, tam zainteresowanie jest bardzo duże.

Są jednak placówki, w których sytuacja będzie coraz trudniejsza. Dotyczy to między innymi SP nr 24 przy ul. Niecałej czy SP nr 7 przy ul. Plażowej. Mógłbym wymienić też inne, w tym SP nr 6, która ma swoją piękną historię. Pytanie tylko, skąd te szkoły mają w przyszłości brać uczniów, jeśli liczba dzieci w tej części miasta będzie nadal spadać.

Czekają pana trudne rozmowy z rodzicami, którzy zazwyczaj sprzeciwiają się likwidacji szkół.

Mam wrażenie, że rodzice coraz lepiej rozumieją sytuację. My z kolei mamy pomysł na funkcjonowanie szkół w zmieniającej się rzeczywistości i będzie on coraz bardziej widoczny.

Chcemy, żeby w przestrzeniach szkolnych gdzie ubywa uczniów, jak najszybciej pojawiały się inne funkcje publiczne. Przykładem może być SP nr 43 przy ul. Śliwińskiego, gdzie część przestrzeni zaczynają wykorzystywać seniorzy. Spotykają się tam, prowadzą zajęcia. Dzięki temu szkoła żyje.

Podobnie można myśleć o wprowadzaniu do takich budynków filii miejskich instytucji, np. bibliotek, które dziś często funkcjonują w wynajmowanych lokalach. To ważne, żeby szkoły, w których będzie mniej uczniów, nadal funkcjonowały, ale w mniejszym zakresie i jako wielofunkcyjne przestrzenie publiczne.

Coraz mniej dzieci, wyludnianie się Lublina, a tymczasem firma TransEko wzamówionym przez Urząd Miasta studium komunikacyjne szacuje, że w 2050 roku Lublin będzie liczył 387 tys. mieszkańców. Wierzy pan w to?

Jest zbyt dużo niewiadomych, żebym mógł dziś jednoznacznie oceniać takie prognozy. Pierwsze pytanie brzmi: jakie będą granice Lublina w 2050 roku? Już jako radny, około 2007 roku, składałem interpelację w sprawie poszerzenia granic miasta.

Jest pan zwolennikiem zmiany granic?

Jestem zdecydowanym zwolennikiem poszerzania granic miasta, choćby właśnie do obwodnicy Lublina.

Oczywiście wiem, że to trudne rozmowy, bo sąsiednie gminy niechętnie patrzą na taki scenariusz. Ale prawda jest taka, że Lublin i tak realizuje wobec tych terenów wiele funkcji publicznych i komunalnych. Nie chodzi tu wyłącznie o kulturę, sport czy edukację.

Wiele kwestii, także związanych z finansowaniem oświaty, rozwiązałaby ustawa metropolitalna, która porządkowałaby relacje między miastem a otoczeniem.

O tym też jest mowa od lat. O tym, że Lublin potrzebuje przepisów, żeby obszar metropolitalny mógł funkcjonować. Tylko, że nic się w tej sprawie nie dzieje. Tydzień temu rząd przyjął tylko projekt ustawy o metropolii trójmiejskiej.

Reprezentowałem Lublin podczas konsultacji z minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz. Mówimy o jednej, podstawowej regulacji, która uporządkowałaby kluczowe kwestie: planowanie przestrzenne, komunikację czy system oświaty w skali całego obszaru metropolitalnego.

Mariusz Banach

Rocznik 1969, magister teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie uzyskał doktorat z socjologii. Przez lata był nauczycielem katechetą. W 2006 roku został miejskim radnym Lublina. Najpierw był w klubie PiS, a w 2012 roku zasilił Wspólny Lublin – klub założony przez ówczesnego przewodniczącego RM Piotra Kowalczyka.

W 2018 roku Mariusz Banach został zastępcą prezydenta Krzysztofa Żuka.

W ostatnich wyborach samorządowych w 2024 roku kandydował do RM z listy komitetu Krzysztofa Żuka. Otrzymał 1853 głosów, ale nie mógł łączyć mandatu radnego ze stanowiskiem w Ratuszu. Jego miejsce w RM zajęła Marta Gutkowska.

„Jest autorem licznych publikacji naukowych i publicystycznych, w tym współautorem kilku podręczników do katechezy. Jest żonaty, jego hobby to wędkarstwo” – informuje Urząd Miasta.