Wesprzyj Kontakt

7 minuty czytania  •  13.12.2025 11:36

Janusz Palikot a sprawa Lublina

Janusz Palikot a sprawa Lublina

Udostępnij

Palikot chce nas przekonać, że cierpiał za miliony i miliony mają teraz wrócić na jego konto. Byłoby wspaniale, gdyby rozmiłował Polaków w czytaniu w stopniu choćby nieznacznie zbliżonym do tego, w jakim rozpijał ich produkowaną przez siebie wódką – pisze Jakub Szafrański.

Dziękujemy, że nas czytacie, wspieracie, wierzycie w sens tego, co robimy. Nie robimy tego dla nagród. Nagrody to zaszczyt, ale też ogromne zobowiązanie.

Naprawdę chciałem przeczytać książkę Janusza Palikota do końca. Nie dlatego, że jest świetna, bo nie jest. Jest to męczący, pretensjonalny, pełen powtórzeń wywód, który należałoby powtórnie zredagować i skrócić o 75 proc. Bankrut i niegdysiejszy polityk, już od pierwszych stron okazuje się być patologicznym narcyzem bez krzty moralnej autorefleksji. To w jej poszukiwaniu brnąłem przez opowieść, wbrew poszanowaniu własnego czasu. Wierzyłem, że człowiek prezentujący się jako wrażliwiec, miłośnik i mecenas literatury oraz filozof, wykorzysta papier, druk i niesłabnącą atencję mediów, by posypać głowę popiołem. Choćby szczyptą.

Dotarłem do połowy, gdy zaczęły ukazywać się pierwsze recenzje książki. Stało się jasne, że nie wydarza się w niej żaden oczekiwany przeze mnie etyczny wgląd i mogę sobie resztę odpuścić. 

Nikt nie współczuje upadłym milionerom

Na okładce nie ma ceny, ale wynosi ona siedemdziesiąt złotych. To niemała kwota, która zasila jakiś ukryty przed komornikami, schowany za powołaną tuż przed wydaniem książki spółką, rachunek autora. Palikot chce nas przekonać, że cierpiał za miliony i miliony mają teraz wrócić na jego konto. Byłoby wspaniale, gdyby rozmiłował Polaków w czytaniu w stopniu choćby nieznacznie zbliżonym do tego, w jakim rozpijał ich produkowaną przez siebie wódką, ale sam autor nie może mieć tu większych złudzeń. Na książkach, jak nie są bestsellerami, niewiele się dzisiaj zarabia. Zapowiedział więc ekranizację. Na film można już złapać poważniejszych inwestorów. 

Łatwo jest się śmiać z Janusza Palikota. Kiedyś sam wziął na siebie rolę politycznego błazna. Wyczerpująco portretują go teksty Tomasza Kozaka i Sławomira Skomry. Trochę ekscentryczny, a trochę pospolity, swojski, zabawny, ale też nieustępliwy i odważny. No i milioner. Raczej nikt nie współczuje upadłym milionerom. Cieszymy się wręcz, gdy sprowadzeni zostają na ziemię i nieudolnie mierzą się z problemami, które dotąd załatwiali za nich od ręki ich prawnicy lub asystenci. To ograny motyw w rozrywkowej kinematografii. 

reklama JL newsletter 844x275 1
10.2023 wsparcie 844 x 490 px 260 x 260

Czy nam się to podoba czy nie, nazwisko Palikota łączone jest dzisiaj w całym kraju z Lublinem. Nie wydaje mi się, żeby było to skojarzenie negatywne. Przedsiębiorca jest typem celebryty, o którym ważne jest, żeby się mówiło, a nieistotne jest to, co się mówi. Jego utracony wskutek bankructwa dom, kamienica przy Placu Po Farze, zawsze był rodzajem ciekawostki, a publiczne wypowiedzi i zapowiedzi inwestycji odbijały się w mieście echem. 

To lubelska konotacja sprawia, że w ogóle sięgnąłem po „Dziennik z więzienia”. Może to moja lubelska życzliwość każe odnajdywać w nich jakąś wartość.

Po pierwsze: relację z zatrzymania, transportu aresztowanego, przebiegu postępowania i warunków panujących za kratkami czyta się z zapartym tchem. Nie dlatego, że Palikot to mistrz prozy sensacyjnej. Chodzi o postawienie się w jego sytuacji jako obywatela Polski. Na tę nieszczęsną kamienicę zorganizowano nalot jak na zamek obronny. Zatrzymanie, konwojowanie i zamknięcie w celi, według relacji Palikota, w którą nie mamy powodu, by wątpić, wyglądało jakby dotyczyło bossa zbrojnego kartelu narkotykowego. Kurde, moja mama widywała tego gościa na spacerach po deptaku. Mogło do niego w każdej chwili podejść dwóch policjantów i zaprosić go do radiowozu, gdy tymczasem w operacji ujęcia niewydarzonego gorzelnika zabrakło jeszcze tylko helikoptera krążącego nad Starym Miastem. 

Warunki bytowe w areszcie oraz przejrzystość postępowania urągają wszystkiemu, co dzisiaj uznajemy za cywilizowane. Słusznie wskazuje sam Palikot, że to kpina z praw człowieka. 

Tylko chodniki były te same

Ale jest coś jeszcze, co mną wstrząsnęło. Są to liczne momenty, gdy Palikot sięga pamięcią do lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, wspominając rodzinne wyjazdy, dorastanie dzieci i swoje własne, kulturalne wojaże. Moi rodzice mieli wówczas stabilną pracę w budżetówce, a ja byłem dzieciakiem jak tysiące innych uczniów lubelskich podstawówek. Stale, każdego dnia musiałem czegoś sobie odmawiać. Rodzinny budżet planowany i prowadzony był bardzo ostrożnie. Na wakacje jeździliśmy do babci i dziadka mieszkających na ubogiej wówczas wsi lub na kolonie organizowane przez zakład pracy. Do dzisiaj wydawanie pieniędzy jest dla mnie źródłem codziennego stresu, nawet jeśli wystarcza mi ich na wszystkie potrzeby. Samolotem poleciałem za granicę po raz pierwszy w wieku 23 lat. Do pracy na Wyspy. Wcześniej jeździłem busami do roboty do Włoch i Holandii.

Gdy czytam o Palikotowych dworkach, wystawnych kolacjach, sławnych gościach, regularnych wycieczkach do Grecji i innych krajów, o synu, któremu grozi brak kasy na studia w Stanach, bo przelew od taty nie przyjdzie, o ostentacyjnym i obfitującym w zachcianki życiu, to wierzyć mi się nie chce, że stąpaliśmy z Januszem po tych samych chodnikach Krakowskiego Przedmieścia. Gdy przypomnę sobie, jak wtedy wyglądały ulice tego miasta, że wyglądały dużo gorzej niż napięty domowy budżet mojej rodziny, to budzi się we mnie jakiś uśpiony niepokój, niezgodę i gniew. 

Myślę jednak: – Co było, to było. Ale jeśli tak wyglądało wówczas życie lubelskiego krezusa, to wyobraźmy sobie, jak sprawy mają się teraz.

Zakładam, że jest to kosmiczny wypas. Nie sposób znaleźć wyczerpujące listy najbogatszych obecnie lublinian. Szkoda, ale w sumie to nie o nazwiska chodzi tylko o kwoty. 

Majątek Zbigniewa Jakubasa, właściciela Motoru Lublin wyceniany jest na około 2,64 miliarda złotych. Na początku XXI wieku majątek Janusza Palikota szacowany był na 330 milionów., więc Palikot to małe miki w porównaniu z dzisiejszymi elitami.

Ale cóż, można powiedzieć, że ktoś miał dobry pomysł jak produkcja europalet albo sprzedawanie wódki w małych butelkach. Inny sam musiał wszystko odziedziczyć. Najgorsi są ci, którzy do robienia majątków wykorzystują znajomości i informacje wyniesione z działalności publicznej. Ta przecież powinna być służbą i zaszczytem, tymczasem staje się odskocznią do biznesu. Z pewnością wiele można odłożyć i z zyskiem ulokować, gdy pracuje się w miejskich spółkach. Pobory są niebotyczne, nawet gdy źle zarządzana firma regularnie przynosi straty. Im bliżej centralnej postaci, czyli prezydenta miasta, tym większa pewność, że biedy klepać nie będziesz.

W równoległej, ekskluzywnej rzeczywistości

Lektura Palikotowego dziennika nastraja do tego, by zastanowić się nad moralnością tak zwanych bogoli. Bogole to nasi horrendalnie zamożni współobywatele, którym pieniądze pozwalają funkcjonować, w równoległej, ekskluzywnej rzeczywistości. I oni wraz z rodzinami z tej możliwości korzystają. Są oderwani od problemów 99 proc. społeczeństwa. 

Sam Palikot nie do końca pasuje do tej kategorii. Nie szukał dyskrecji, nie próbował zniknąć ze świecznika i pozywać nieprzychylnych mu mediów. Odnosił się do społeczeństwa, szukał jego aprobaty, wspólnego języka. Pokazał niechcący, że biznesowo to nie popłaca. Dlatego tak trudno znaleźć informacje o majątkach najbogatszych. Bogole nie podejmują gry z ludem. Są magnaterią. 

Jeśli służba publiczna staje się trampoliną dla takich postaw, jeśli jest nią codzienna, ciężka praca dziesiątek tysięcy lublinian i lublinianek, to mamy święte prawo drastycznie zwiększyć nasze oczekiwania względem administracji miasta.

Restaurowanie przez dekadę zaniedbanych błoni to pic. Pudrowanie dziurawych, pooranych koleinami dróg to pic. Podświetlane na kolorowo drzewa i świeżo tynkowane fasady kamienic oraz kościołów przy deptaku to pic. Kulturalna pasja i oddanie Krzysztofa Żuka to pic. Dostajemy tylko i dokładnie tyle, żeby móc powiedzieć: ładnie jest, magicznie. Żeby zachłysnąć się tymi małpkami. 

Tymczasem przy Placu Łokietka zdeponowana jest kupa kasy, naszej kasy, naszego potencjału. Dostęp do niej to nie kwestia carskiego geniuszu przyspawanego do stołka włodarza tylko sprawnej administracji. By to egzekwować, wystarczy elementarna mobilizacja obywatelska. Zasługujemy od lat, by oczekiwania mieć proporcjonalne do obfitości kont miejskiej magnaterii. 

Karmimy krezusów, a głodzimy rodziny w potrzebie

Za zakładkę podczas lektury książki Janusza Palikota służyła mi ulotka protestacyjna pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Od 4 lat pracownicy i pracownice tej instytucji domagają się poprawy warunków pracy i wynagrodzeń. Nie mogą się doprosić. W kraju gdzie rokrocznie niemal 80 proc. społeczeństwa deklaruje, że w życiu najważniejszą wartością jest rodzina, miejska instytucja pomocy rodzinie i jej pracujący ofiarnie personel traktowani są przez Ratusz z pogardą. Karmimy krezusów, a głodzimy rodziny w potrzebie.

Uregulowanie sytuacji instytucji pomocowych to niezbędne minimum oczekiwań. Mamy prawo je egzekwować. Mamy również prawo mieć oczekiwania maksymalne, oczekiwania rozwoju wykraczającego poza poczucie satysfakcji tych, którzy dorastali w czasach, gdy Lublin był jednym ze smutnych, zapuszczonych miast udręczonego bankructwem i transformacją ustrojową kraju. 

Gdy kilka tygodni temu władze Polskiego Stronnictwa Ludowego wespół z pewną niezależną inicjatywą obywatelską ogłosiły, że w Lublinie powinno powstać metro, media głównego nurtu wyszydziły pomysł lub zbyły go śmiechem. I ja sam przyłapałem się na pierwszej myśli, że jest to żart albo prowokacja. Tymczasem, jak pokazuje chociażby postać Janusza Palikota, żartami i prowokacjami można robić rzeczywistą politykę i wywierać nacisk. 

Domagajmy się tego metra. Żądajmy go, podsuwając pod nos radnych projekty i wyliczenia. Jak nie metro to tramwaj. Jak tramwaj to i system podziemnych parkingów dla zmotoryzowanych. Jeśli Zarząd Dróg i Transportu Miejskiego i MPK nie potrafią sprawić, by autobusy kursowały często i regularnie, to na bruk z nimi. Jeśli Wydział Ochrony Środowiska nie umie sprawić, by sierść mojego psa nie śmierdziała dymem po spacerze Lubartowską, to należy ten wydział dofinansować, audytować, a jak to nie pomoże, to się z kierownictwem pożegnać. Niech prezydent nie mówi, że to są rzeczy niemożliwe. Jeśli on nie może, to może znajdzie się lepszy chętny lub chętna.

Bogole są bezczelni w swoich marzeniach, planach i ich realizacjach. Chcą mieć apartamentowiec w środku miasta, to go sobie budują. Chcą całych osiedli na terenach zielonych, to je sobie budują i zarabiają na tym krocie. Mają swoje media i swoich urzędników.

Janusz Palikot odmawia uznania swoich win, ale odmawia też milczenia i usunięcia się w cień. Jeszcze nieraz o nim usłyszymy. A skoro postać filozofa-gorzelnika przylgnęła już na stałe do Lublina, to niech pójdzie za tym inspiracja: bądźmy śmieszni, bądźmy bezczelni, żądajmy niemożliwego. 

https://jawnylublin.pl/esk-2029-kolezanki-i-koledzy-z-lubelskich-instytucji-kultury-wlasnie-teraz-nalezy-sie-wam-godna-kasa-i-porzadne-umowy/
https://jawnylublin.pl/to-bylo-jak-budowanie-piramidy-janusz-palikot-i-zycie-na-koszt-innych/
sfinansowano ze srodko niw w ramach proo

Polecamy

Brak polecanych postów.