14 minut czytania • 21.04.2026 14:53
Jak lubelska kultura stała się marketingową strategią. „ESK 2029 to będzie taki większy festiwal reklamowany na lotniskach”
Udostępnij
Z Szymonem Pietrasiewiczem* rozmawiamy o dwóch dekadach w lubelskiej kulturze – o nieistniejącym już klubie Tektura i Europejskiej Stolicy Kultury. „Organizatorów przedsięwzięcia toczy głęboki, ale ukrywany przed opinią publiczną konflikt pomiędzy ekipą, która przygotowywała aplikację ESK2029 a powołanym przez prezydenta dyrektorem tej instytucji. To mocno wstrzymuje inicjatywy i blokuje potencjały”.
Dziękujemy, że nas czytacie, wspieracie, wierzycie w sens tego, co robimy. Nie robimy tego dla nagród. Nagrody to zaszczyt, ale też ogromne zobowiązanie.
zostań patronem: patronite.pl/jawnylublin
szybki przelew: jawnylublin.pl/wplacam
możesz przekazać nam 1,5% podatku: KRS 0000428743, cel szczegółowy: Jawny Lublin
Mam taką intuicję, że to co dzieje się dzisiaj w lubelskiej kulturze jest przede wszystkim pokłosiem działalności twojego pokolenia. Pokolenia czasów, gdy KUL i UMCS rokrocznie wypuszczały po kilkadziesiąt absolwentów i absolwentek kulturoznawstwa i animacji kultury.
Jasne, ale to jest też twoje pokolenie, więc siłą rzeczy patrzymy z bardzo określonej, własnej perspektywy. Tymczasem już teraz dzieją się rzeczy, o których jeszcze niewiele wiemy, a które będą kształtować rzeczywistość za kilka lat. Ludzie dwadzieścia lat młodsi od nas już pracują na swoją kulturę, tak samo jak przed nami byli ci, którzy zaczynali jeszcze w PRL-u. Jest więc pewna ciągłość, ale każde pokolenie i każde środowisko realizuje ją po swojemu. Zwykle dostrzegają to tylko ci, których naprawdę to interesuje.
Dla przeciętnego mieszkańca miasta ciekawsza bywa wizyta w ciuchlandzie niż wyjście do teatru. To właśnie tam realizuje swoje potrzeby estetyczne, ma poczucie sprawczości i natychmiastowy efekt. Co tydzień jest coś nowego do obejrzenia, a do tego te same osoby, z którymi można pogadać. Kultura, nazwijmy ją umownie animacją czasu wolnego, w dużej mierze bywa interesująca głównie dla tych, którzy ją przygotowują, oraz dla ich środowiska, bo często szyta jest pod własne zainteresowania i wrażliwość.
To czego nauczyłeś się od poprzedników? Jak wyglądały twoje studia?
Pozwól, że sięgnę pamięcią jeszcze dalej, czyli do szkoły średniej. Chodziłem do szkoły katolickiej, takiej z surowym wychowaniem. Ale już tam zabierano nas w ciekawe miejsca jak np. na Scenę Plastyczną KUL Leszka Mądzika. Tam po raz pierwszy zauważyłem magię teatru.
Pamiętam, że gdy później nudziłem się w wakacje, to włóczyłem się z kolegą po miasteczku akademickim. Mieszkałem tuż obok. Na tablicy z afiszami Chatki Żaka zobaczyłem szalony plakat, który przypomniał mi stylistyką to co wcześniej widziałem u Mądzika. przyciągały mnie stetyczne eksperymenty.
Pamiętasz co to był za plakat?
Festiwalu Kultury Alternatywnej ZdaErzenia. Poszedłem to zobaczyć. Miał być spektakl, więc założyłem elegancką koszulę i marynarkę. Tymczasem tego nie sposób było nazwać przedstawieniem: mięso rzucane w ludzi, Jezus jako naga kobieta, ale z penisem, oblewająca lepką substancją aktorów grających potępione dusze wijące się pod krzyżem, też na golasa. Do tego ostra muzyka i stroboskop. Wstrząsające to było estetycznie i emocjonalnie. Pierwszy raz zmierzyłem się z czymś podobnym.
Jako uczeń katolickiej szkoły przeżyłeś szok?
Wrażenie było mocne, ale czułem, że to jest sytuacja dla mnie. Oni operowali makijażem, natapirowanymi włosami, kostiumami i makabrycznymi rekwizytami. Zobaczyłem, że wartości, do których byłem przyzwyczajony choć nie były moje, można drastycznie interpretować. Bardzo mi się to podobało.
Tak poznałem artystyczny performance. Później dowiedziałem się, że była to grupa studencka, która nazywała się Alef Zero, a jej członkiem był m. in. Michał Karapuda czyli obecny dyrektor Teatru Starego i wieloletni dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta Lublin.
Fajne masz inspiracje…
Po dwudziestu latach trafiłem na zapis wideo tego spektaklu i nie robił już na mnie większego wrażenia. Takie studenckie głupoty, bez głębszego sensu. Ale być może właśnie to doświadczenie pchnęło mnie w stronę kulturoznawstwa na UMCS. Było tam masę bardzo fajnych ludzi co otworzyło mi oczy na różnorodność charakterów i zainteresowań.
Na przykład taka specjalizacja – muzealnictwo. Na muzealników mówiłem „kapciochy” i myślałem, że to nuda kompletna, ostatnia rzecz, dziedzictwo jakieś narodowe. Ale niedawno skończyłem podyplomowo muzealnictwo i dziś pracuję w muzeum, co naprawdę mnie wciągnęło. Najciekawsze jest dla mnie pytanie, jak mówić o historii w sposób angażujący i żywy. Dzisiaj większą wartość ma dla mnie satysfakcja odwiedzających niż te skrajne emocje, które kiedyś uważałem za główny barometr sukcesu.
Była też folklorystyka, była krytyka i inne ścieżki. Dość szybko zaczęliśmy działać w Chatce Żaka. Organizowaliśmy ZdaErzenia, później przez dziesięć lat Kontestacje. Równolegle zaangażowałem się w tworzenie Przestrzeni Działań Twórczych Tektura. Dzisiaj po tych miejscach i inicjatywach właściwie nie ma śladu. Chatka jakby chciała o tym zapomnieć. W oficjalnie opowiadanej historii kultury studenckiej jest mocny początek, od lat 60. do początku 80., potem jakaś czarna dziura, następnie zaś teraźniejszość liczona mniej więcej od oddania do użytku obiektu po remoncie. Jakby wszystko, co wydarzyło się w latach 90. i dwutysięcznych wyparowało. A przecież właśnie wtedy działy się rzeczy najciekawsze i najważniejsze dla mojego pokolenia. To, co obserwuję dziś, przypomina mi bardziej ofertę kulturalną niż prawdziwą twórczość studencką. W 2010 roku zostałem etatowym pracownikiem Chatki Żaka, ale trwało to może półtora roku.



Opowiedz o Tekturze, bo po tym miejscu nie ma już żadnego fizycznego śladu.
W miejscu dzisiejszego biurowca pomiędzy Spokojną i Wieniawską były trzy stare wille oraz poniemiecka strzelnica. Te wille były zaniedbane przez władze miasta, pozostawione same sobie, a w jednej z nich mieściła się herbaciarnia Ika. Miałem tam imprezę półmetkową w szkole średniej więc znałem przestrzeń i poznałem ludzi, którzy ją tworzyli. Byli otwarci, dostępni i łatwo można się było z nimi umawiać na różne rzeczy. Super miejscówka w centrum miasta, która z czasem zaczęła działać pod marką Tektura.
Jednocześnie ten budynek dzieliło wiele inicjatyw: muzycy, artyści, anarchiści, punki, aktywiści, niebieskie ptaki. Robiliśmy też prowokacje artystyczne, jak na przykład przegląd filmów pornograficznych i spotkania z aktorami, którzy udawali aktorów z tych filmów i udzielali wywiadów. Różne dziwne rzeczy, które się nie podobały szerszej publiczności, ale ją intrygowały, ponieważ tego nie można było zobaczyć nigdzie indziej. A nawet dochodziło do protestów przed Tekturą. To była taka niepowtarzalna zbieżność czasu i miejsca, która przyciągała twórczych, niezależnych ludzi, a to synergia dawała rewelacyjne efekty.






A propos czasu to jaka była wówczas oferta kulturalna Lublina?
Nie jestem pewien czy wszystko pamiętam, bo szczerze mówiąc robiłem wówczas swoje i nie rozglądałem się na boki. W Centrum Kultury działało kilka teatrów oraz klub Hades, który na co dzień był dyskoteką, ale za zarobioną na imprezach tanecznych kasę mógł zorganizować od czasu do czasu porządne koncerty jazzowe i recitale. Istniały dzielnicowe i osiedlowe domy kultury, kilka kin, filharmonia, Teatr Osterwy, galerie Biała i Labirynt. Wydaje mi się, że Tektura była jedynym miejscem tworzonym oddolnie, niezależnym i jakkolwiek głupio to brzmi – młodzieżowym.
Trochę mało jak na studenckie miasto.
Rolę kulturotwórczą pełniły w dużej mierze knajpy. Było ich dużo różnych, a każda miała swoich bywalców. Hubertus na ul. 1 Armii Wojska Polskiego (dzisiaj ul. Żołnierzy Niepodległej), Magma na starówce, kino Kosmos to były miejsca kultowe. Rothmans na ul. Wieniawskiej to z kolei była miejscówka gdzie nieletnim browar sprzedawali.
Rothmans był pierwszą knajpą do jakiej w życiu wszedłem.
Ja też! To było bardzo ekscytujące. Spać po tym nie mogłem, tak to przeżywałem.
W zeszłym roku zaprosiłem do Lublina dwóch kolegów z Warszawy. Oprowadzając ich po mieście mogłem mówić, że Lublin był miastem piwnic, kultury podziemnej, undergroundu. Pamiętam jak w Sarmacie się siedziało na podłodze, bo nie było miejsca przy stolikach. Cała piwnica zasłana ludźmi. Człowiek przechodził zapachem wilgoci i papierosów. Zwłaszcza jak miał długie włosy.
Knajpy były super, bo nie miały wykluczającego narzutu ideowego czy pokoleniowego. Przychodzili tam różni, ciekawi ludzie. Ale były też miejsca profilowane jak Chatka Żaka gdzie działała silna grupa folkowa czy wspomniany Hades, który miał charakter pokoleniowy i swoją własną tożsamość.
Centrum Kultury z czasów przed remontem – czym różniła się tamta instytucja od tej obecnej?
Z Chatki Żaka mnie wywalili. Byłem tam zastępcą kierownika do spraw programowych, z którym pokłóciłem się o jakieś, wówczas dla mnie ważne sprawy związane z teatrem. Dziś patrzę na to z pobłażliwością, bo to fajne móc się tak kłócić o sztukę. Stamtąd poszedłem do CK. Mówiłem wtedy, że pracuję na ul. Peowiaków, bo CK nie miało wtedy żadnej marki, nikt nie kojarzył o co chodzi. Ewentualnie mówiło się „tam gdzie Hades”. Związałem się z tym miejscem na kolejne 11 lat włączając w to trzyletni remont budynku. Moje biuro przeniosło się na ten czas na ul. Narutowicza. To było bardzo cenne doświadczenie. Udało się zerwać powiązanie instytucji kultury z budynkiem. W ten sposób zaczęły się moje duże interwencje w przestrzeni publicznej jak Most Kultury i Punkty Kultury.
Remont CK-u to był chyba moment zwrotny we współczesnej kulturalnej historii Lublina. Pamiętam ogromne oczekiwania jakie temu towarzyszyły.
Ja tego tak nie odbierałem. Na festiwal otwarcia zaprosiłem wszystkich artystów jakich znałem, żeby występowali symultanicznie w każdym zakątku tego budynku. To było kilkadziesiąt wydarzeń odbywających się na raz lub równolegle. Wypadło super, ale na powrót skupiało się wokół budynku, który jest majestatyczny, ale bardzo niefunkcjonalny jeśli chodzi o przedsięwzięcia związane ze sztuką. Sale nie są ustawne, jest mnóstwo pomieszczeń przechodnich. Ładnie wyglądał odmalowany na biało, ale ja wolałem odrapaną willę Tektury.



To może Noc Kultury była takim transformacyjnym doświadczeniem? Chodzi mi o to, że w pewnym momencie polityka kulturalna przestała być traktowana przez władze miasta jak zbytek i cuchnące dziwadło upchane w obitych boazerią korytarzach a wyniesiono ją na piedestał.
Noc Kultury z pewnością pokazała ogromny potencjał dotarcia do bezprecedensowej liczby mieszkańców miasta. Od początku byłem włączony w to jako organizator Mostu Kultury i Tektury. Na parkingu przy Tekturze rokrocznie ustawiana była scena muzyczna, która zyskała sobie niesławę miejsca na dopicie się nad ranem. To za każdym razem kończyło się szarpaninami i awanturami z policją. Miasto budziło się w niedzielę rano, a tam w samym centrum dudni muzyka i leży trzysta pijanych osób.
Ogólnie Noc Kultury przerosła wszystkich. Policja nie wyrabiała z kierowaniem ruchem a służby komunalne ze sprzątaniem. Z czasem wymyślono, żeby mobilizować wszystkich sprzątających już około czwartej nad ranem, żeby nie było tych obrazków potłuczonych butelek i zarzyganych chodników.
Jak hiszpańskie fiesty. To nic złego.
Jasne. Ludzie tego widać potrzebują być w tłumie i coś wspólnie przeżywać.
Ale pamiętam też taką kontrowersję, że gdy próbowano przenieść część wydarzeń na dzielnice to zaprotestowali restauratorzy.
Jedna edycja faktycznie odbyła się na obrzeżach, ale to nie przeszło z kilku powodów. Ludzie po prostu chcą być w centrum. Podoba im się spektakularność tego ścisku.
Zawsze byłem ciekaw kto to w ogóle wymyślił tę Noc Kultury.
No to opowiem ci ciekawą historię. Nocy Kultury nie wymyślono w Lublinie, tylko – z tego co pamiętam – wcześniej funkcjonowała w Częstochowie. Sama idea brała się bodaj z clubbingu, czyli z takiego modelu, że przez jedną noc obowiązuje wspólny bilet do różnych klubów i miejsc w mieście.
Tak się złożyło, że spotykałem się wtedy z dziewczyną z Częstochowy. Pojechaliśmy tam kiedyś z Piotrem Zieniukiem, który dziś pracuje w Warsztatach Kultury, i bardzo nam się to spodobało. Po powrocie opowiadaliśmy o tym znajomym. Pamiętam, że pokazywałem ulotki Rafałowi Kozińskiemu (dzisiaj pełnomocnik Prezydenta Miasta Lublin ds. programowych Europejskiej Stolicy Kultury 2029 i dyrektor Centrum Kultury) i mówiłem, że trzeba coś takiego zrobić w Lublinie. Wtedy powiedział mi wprost, żebym o tym zapomniał, bo za prezydenta Andrzeja Pruszkowskiego (PiS) taki pomysł jest nie do przepchnięcia.
Mija rok czy dwa, zaczynają się pierwsze przymiarki Lublina do kandydowania na Europejską Stolicę Kultury i nagle ten pomysł wraca – z Kozińskim jako koordynatorem przedsięwzięcia. Jak dobrze pamiętam, publicznie ideę rzucił ktoś z pokolenia nestorów, choć możliwe, że doszedł do niej niezależnie. W każdym razie perspektywa ESK ośmieliła ludzi i dalej już się to potoczyło.
Eksplodowało, bo kultura stała się katalizatorem komunikacji Ratusza z mieszkańcami miasta, jego marką, przedsięwzięciem marketingowym i propagandowym.
Bo to było łatwe, szybkie i do tego dobrze finansowane. Unia Europejska zaczęła dawać na kulturę konkretne pieniądze. To nie była specyfika samego Lublina, tylko szerszy proces widoczny w miastach wojewódzkich w całej Polsce. Obserwowałem to choćby w Rzeszowie i Białymstoku, gdzie nie było akurat Nocy Kultury, ale pojawiał się wysyp innych, ciekawych i nośnych inicjatyw.
Między 2005 a 2007 rokiem zaszła taka cicha rewolucja. Ministerstwo Kultury zaczęło uruchamiać granty, a skala wsparcia z roku na rok rosła. Polska coraz wyraźniej zaczęła korzystać z obecności w UE, a równolegle pojawiły się środowiskowe sojusze, które coraz śmielej i skuteczniej upominały się o pieniądze na kulturę. W efekcie jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać duże festiwale, kongresy i rozmaite wydarzenia pracujące na marki terytorialne.
Kiedy zaczynałem pracę w tym sektorze, w instytucjach kultury pieniędzy wystarczało na etaty i utrzymanie budynków. Na same działania trzeba było zdobywać środki osobno. Szukało się sponsorów, żeby było za co nagłośnić i oświetlić scenę, zapłacić muzykom, aktorom. Instytucja nie miała budżetu na przedsięwzięcia w dzisiejszym rozumieniu. One miały się po prostu zwrócić, najczęściej z biletów.
Kultura była biedna, ale niezależna.
Tak, była biedna, ale niezależna. Miała też coś cennego do zaoferowania: tłumy ludzi na wydarzeniach, wspierane przez nowy, masowy środek komunikacji, czyli internet. Potem wzrosła zasobność portfeli mieszkańców, którzy mogli zostawiać pieniądze w restauracjach, a jednocześnie pojawiły się nadwyżki w budżetach samorządowych, które można było przeznaczyć choćby na obsługę techniczną wydarzeń czy ochronę. Był też taki moment, że w Nocy Kultury pojawiły się pieniądze dla wykonawców, ale to przez to, że wcześniej była afera o to, że występują za darmo. Także nie przypisywałbym przesadnej roli Nocy Kultury w budowaniu zainteresowania kulturą. Ona sama była efektem zachodzących procesów społecznych.
Więc kultura przestała być traktowana po macoszemu i stała się wypłacalna. A co w zamian? Albo co straciła?
Jeśli samorząd dotuje to chce mieć coś w zamian. Mówiąc wprost chodzi o profity wizerunkowe. Jeśli zaś chodzi o wizerunek to musi być ładny, uporządkowany, przystępny, grzeczny. Nie ma tam miejsca na drażliwe tematy. Odpada to co krytyczne, kontrowersyjne lub chociaż dyskusyjne. Dla instytucji kultury te narzędzia przekształcają się w problemy, z których trzeba się tłumaczyć.
Znam to bardzo dobrze z własnych doświadczeń. Nikt nie komunikował tego wprost. Jako powód odmowy dofinansowania podaje się wyczerpanie budżetu, a w kuluarach lub prywatnie dowiadujesz się, że tak naprawdę chodzi o jakiś przypał sprzed paru lat, który komuś się dziś nie podoba.
Stanowi zagrożenie?
Nawet nie o samo zagrożenie tu chodzi. Bardziej o to, że działają pewne mody wizerunkowe i coś albo ktoś może się w nich po prostu nie mieścić. I to już bywa kłopotem. Sam nie raz tego doświadczyłem. Wyciągano mi stare zdjęcia z Facebooka i sugerowano, że nie przystają do wizerunku instytucji, w której chcę pracować albo już pracuję. Człowiek musi się potem z tego tłumaczyć, choć tak naprawdę nie chodzi o żaden problem, tylko o to kim jesteś. To nie były łatwe momenty, bo oczekiwanie jest takie, żeby wszystko było ładne, gładkie, uporządkowane i bezproblemowe.
Dobrą ilustracją tej logiki są festiwale, dziś właściwie każde miasto i miasteczko w Polsce ma swój festiwal albo chce go mieć, bo to dobrze wygląda, dobrze się promuje i dobrze wpisuje się w oczekiwany porządek wizerunkowy.
W Lublinie zimą był na przykład Festiwal Bożego Narodzenia.
Teraz festiwalem nazywa się już właściwie wszystko. W markecie masz „festiwal niskich cen”, więc to słowo zostało kompletnie zużyte, wyjałowione i pozbawione dawnej rangi. Kiedyś niosło obietnicę czegoś wyjątkowego, dziś jest po prostu opakowaniem do sprzedaży czegokolwiek.
Nie sposób rozmawiać o lubelskiej kulturze poza kontekstem tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2029. Jaka według ciebie będzie kultura, którą zaproponujemy Europie?
Dotychczas wszystko wskazuje na to, że będzie to impresariat. Pośrednictwo, którego beneficjentem będą te sektory kultury, w których sprawnie porusza się dyrektor Paweł Potoroczyn i skompletowany przez niego zespół. Nie widzę sygnałów, że to będzie odważny projekt, raczej zapisze się jako jedna z wielu stolic kultury.
W tym momencie organizatorów przedsięwzięcia toczy głęboki a ukrywany przed opinią publiczną konflikt pomiędzy ekipą, która przygotowywała aplikację a powołanym przez prezydenta Krzysztofa Żuka (PO) dyrektorem ESK2029. To mocno wstrzymuje inicjatywy i blokuje potencjały. Tymczasem aplikacja napisana jest bardzo na wyrost, tak pod względem zakładanych budżetów jak i samych zamiarów, które trzeba by już intensywnie realizować. A to się nie dzieje.
Słyszę za to dużo wypowiedzi prezydenta Żuka i z nich wnioskuję, że będzie to wspomniana ścieżka wizerunkowa nastawiona na maksymalną liczbę turystów mających tu przyjechać i liczbę widzów mających podziwiać widowiska, zapewnić udokumentowaną frekwencję.
Na razie wygląda to i brzmi jak strategia marketingowa. ESK to będzie taki większy festiwal sprawnie reklamowany na lotniskach. Restauratorzy i hotelarze będą zadowoleni.
* Szymon Pietrasiewicz – animator kultury, w Lublinie realizował m.in. Most Kultury, Punkty Kultuty, Peryferia Sztuki, festiwal TransEuropa czy NEONart. Przez lata także działacz społeczny i aktywista, jeden z liderów nie istniejącego już Lubelskiego Ruchu Miejskiego. Głośno krytykował m.in. plany Ratusza na budowę stadionu żużlowego w dolinie Bystrzycy czy przyzwolenie na zabudowę blokami Górek Czechowskich. Z Centrum Kultury, gdzie przepracował 11 lat (kierował działem Pracownia Sztuki Zaangażowanej Społecznie Rewiry), został wyrzucony w 2021 roku. Byłemu pracodawcy wytoczył dwie sprawy sądowe – ta o zwolnienie z pracy zakończyła się ugodą, drugą (o dyskryminację w miejscu pracy) sąd oddalił, ale za pośrednictwem RPO została wniesiona skarga do Sądu Najwyższego. Obecnie pracuje w Muzeum Zamek w Janowcu na stanowisku specjalista ds. projektów i funduszy zewnętrznych.



