Wesprzyj Kontakt

10 minut czytania  •  11.12.2025 15:41

Historia włóczką się toczy. Anna Nawrot żegna się z Galerią Białą

Historia włóczką się toczy. Anna Nawrot żegna się z Galerią Białą

Udostępnij

– Chciałam się ze wszystkimi pożegnać, żeby w miejscu Białej mogło powstać coś nowego – mówi Anna Nawrot, szefowa Galerii Białej. Przez czterdzieści lat to miejsce było dla niej pracą, domem, miejscem młodości i wczesnej starości. Wystawą „Wyprzedaż” wyprawiła huczną stypę.

„Wyprzedaż” to ostatnia wystawa w Galerii Białej. Podczas wernisażu przynajmniej kilka razy słyszałam „Boże, ile włóczki!”, więc powiedz, ile?

Anna Nawrot: – Kilkadziesiąt kilogramów na pewno. Gdy zaczęłam szydełkować na poważnie i w 2020 roku powstał „Szkarłatny obraz”, to pierwotnie miał wymiary półtora metra na półtora. Ale ta czynność jest hipnotyzująca: szydełkujesz, malujesz płótno na czerwono, naciągasz, znowu szydełkujesz. Z czasem doszło kolejnych dwadzieścia, czterdzieści kwadratów i w końcu musiałam sobie zadać pytanie, kiedy mam to przerwać. Uznałam, że przestanę, kiedy skończę sześćdziesiąt pięć lat, dlatego obrazów jest również sześćdziesiąt pięć.

W swojej niedawno opublikowanej książce „wspomnieniA” napisałaś, że galeria była „domem, pracą, jadalnią, rodziną, placem budowy, miejscem miłości, kłótni, rozstania, młodości, dojrzałości i początku starości”.

– Czuję, że ja i Galeria Biała jesteśmy tożsame. Dlatego obok „Szkarłatnego obrazu”, który chyba powinnam zatytułować „Sześćdziesiątka piątka”, powstała „Czterdziestka”, ponieważ galeria działa od czterdziestu lat, spędziłam w niej całość mojego życia zawodowego. Do tej pracy kupowałam kolorowe, cieniowane włóczki i wyszedł z tego trochę taki przekręcony Fangor. Obok tych obrazów pokazałam „Nowe twory” malutkie, dziergane, organiczne obiekty. Są kolorowe, jest ich co najmniej kilkaset.

A jak to się stało, że musiałaś pilnować butelki Coca-Coli?

– To był rok 1986, wystawa Josepha Beuysa została przewieziona z Muzeum Sztuki w Łodzi do Lubelskiego Domu Kultury. Byliśmy przerażeni – nie istniały ubezpieczenia i myślałam, że będę musiała nocować w galerii. Marzyłam o tej wystawie, a wszystko się udało dzięki Andrzejowi Mroczkowi, który wtedy, w przeciwieństwie do mnie, wiele znaczył, już wówczas był legendą, szefował lubelskiemu BWA. Kiedy zaczęliśmy wypakowywać rzeczy, w pudełku znalazła się między innymi malutka, szklana butelka po Coli. Jej zawartość miała imitować mocz. Jeden z łódzkich kuratorów poradził mi, aby zaparzyć słabej herbaty. Pamiętam, jak z wielką bojaźnią niosłam tę butelkę do łazienki, żeby ją umyć – przestraszona, żeby nie zbić tego niezaprzeczalnego artefaktu, którego nie da się zastąpić niczym. Kupienie Coca-Coli było w tamtych czasach zwyczajnie niemożliwe.

Na wystawie pojawiła się barierka strzegąca tego cennego obiektu…

– Joseph Beuys jako medium stosował liche, potoczne tworzywa, które ulegały destrukcji. Kiedy na skrzyni, obok innych przedmiotów stanęła ta butelka, baliśmy się zwykłego nieporozumienia ze strony publiczności, więc zabezpieczyliśmy przestrzeń drewnianymi listewkami. Na szczęście wszystko się udało, przyszedł wielki tłum, Jaromir Jedliński opowiadał o akcjach Beuysa, a wystawę udało się zwrócić w stanie nienaruszonym. Nie istniał wtedy monitoring, panowała za to wielka ufność.

Nigdy nic nie zniknęło?

– Nie. Może poza jednym razem przypadkiem. I stało się to anegdotą, kiedy zginęła jedna praca Andrzeja Partuma z wystawy, ale nie w Białej. Pamiętam jak Andrzej z dumą powiedział do mnie: „Wyobraź sobie, że tylko mnie ukradli!”.

We wspomnieniach opisujesz jego erotyki, w tym jeden dedykowany tobie.

– Andrzej był znanym kontestatorem, uwielbiał włożyć kij w mrowisko i dobrze nim pokręcić. Ponieważ wówczas ja i Jan Gryka byliśmy małżeństwem, z humorem próbował nas zwaśnić, ale byliśmy na to zupełnie odporni. Im głębiej wbijał swoją szpilę, tym bardziej go lubiliśmy. Pisał wtedy do mnie teksty na kartkach pocztowych, miało to formę mail artu. W latach 80. wyjechał za lepszym życiem do Kopenhagi, zostawił archiwum i Biuro Poezji. Na swoją wystawę w Białej pt. „Płonący ster” nie mógł przyjechać, bo prawdopodobnie nie zostałby już wypuszczony z kraju, więc moją rolą było go zastąpić. Kiedy głos z nagrania sylabizował tekst erotyków obecny na płótnach, wbijałam gwoździe w samogłoski, a następnie publiczność rzucała w obraz główkami kapusty – wedle życzenia artysty. Zostałam także zobowiązana do tego, by przyznać się, że jeden z erotyków został zadedykowany mnie, ale tego nie zrobiłam, bo za bardzo się wstydziłam.

Rok później zdarzyła się wpadka. Wystawa Jana Gryki została przez pomyłkę umyta.

– To było w 1988 roku, Janek miał swoją pierwszą indywidualną wystawę „Zgryzota sztuki – uczucie niespełnienia w niesprawiedliwości podziału jej powabów.” Całą, około 36-metrową salę oprószył mąką, z wyjątkiem środka podłogi, gdzie w basenikach stała rozlana woda, a w niej pływały świeczki. Wyglądało to rewelacyjnie, całą przestrzeń pokrywał biały puszek… Janek w swoim performansie opowiadał o sztuce, a ludzie deptali po mące. Kiedy wychodzili, czekała na nich szczoteczka, żeby mogli oczyścić buty. Wystawa się udała, poszliśmy świętować, a na drugi dzień wezwała mnie kierowniczka administracji i pyta: „Coś ty zrobiła, parkiet cały zniszczony, pani Jadzia nie mogła go wyczyścić!”. Okazało się, że pani sprzątająca postanowiła zmyć mąkę na mokro i zrobiło się ciasto, a zdzieranie ciasta z parkietu to zadanie heroiczne…

Jednym artystów najsilniej związanych z galerią Białą jest Leon Tarasewicz. Podobno Biała została nawet nazwana „ośrodkiem kultu Tarasewicza”.

– To określenie Łukasza Gorczycy z czasów, kiedy prowadził pismo „Raster”. Zrobił takie rozpoznanie terenowe galerii alternatywnych i rozrysował mapę. Znajdowała się tam informacja o obecności toporów wojennych w Lublinie, co mnie zaskoczyło, bo bardzo szanowałam Andrzeja Mroczka, lubiłam się z pokazywanymi u niego artystami i nigdy nie było między nami złych fluidów. Ale z drugiej strony, z perspektywy młodych ludzi taka kontra mogła mieć sens skoro w jednej galerii króluje sztuka konceptualna, postkonceptualna czy body art, a w drugiej sztuka młodych. O ile pamiętam, jakoś zareagowałam, pytając o to Łukasza, a w kolejnym „Rastrze” pojawiła się informacja, że w Lublinie znajduje się miejsce kultu Leona Tarasewicza, co przyjęłam z przyjemnością, bo jest on wybitnym malarzem.

Pamiętam zaledwie pojedyncze kuratorskie wystawy w Białej. Ten brak kuratora to coś, czemu galeria przez lata była wierna?

– Pierwsza taka znacząca wystawa to „Diabły!” z 2014 roku Piotrka Pękali, swoje podstawy miała w sztuce zaangażowanej, rzadko pokazywanej w galerii. Trochę poróżniła nasz zespół, co nie zmienia faktu, że była to wystawa ważna, znacząca, z tłumami na otwarciu, która poruszała wątki polityczne i społeczne. Inną propozycję przedstawiła Katarzyna Bartnik-Daniel, dzięki niej w Białej pojawił się design i ilustracja. Były też wystawy kuratorowane przez osoby spoza zespołu, jak „Świadomy sen” Marty Ryczkowskiej i Agnieszki Chwiałkowskiej i „Polski las” Magdaleny Ujmy. To były stricte wystawy kuratorskie, zresztą bardzo dobre, na które zostały wybrane prace i zestawione w pewną narrację. Moja działalność „kuratorska” polegała zaś na tym, że zawsze pozwalałam artystom i artystkom na ich decyzje, nie wpływałam na to, co będą prezentować w galerii.

Podasz przykład?

– Proszę bardzo: wystawa „Art. dekoracyjne”. Mamy przykładowo dwójkę artystów, bo w ekspozycji wzięło udział wiele osób, czyli Marcina Zawickiego i Maję Kitajewską. Zawicki pokazał kilkadziesiąt obrazków, które są cytatami-powiększeniami z kanonicznych przedstawień i które stają się wręcz abstrakcyjne. Maja Kitajewska zaprezentowała jeden obiekt: flakon z kwiatami wykonanymi z koralików, które wydają się zwiędłe. Prace były zupełnie różne w niemal każdym sensie, ale w odbiorze okazały się zaskakująco tożsame i co istotne, artyści sami zadecydowali o takim wyborze. Zawsze przy zbiorowych wystawach daję artystkom i artystom totalną wolność, jestem pod tym względem niereformowalna. Myślę, że wyniosłam to z czasów, kiedy sztuka była pod cenzurą, a mimo tego udało się jej pozostać wolną.

DSC09418
Podwórko Sztuki przy ul. Narutowicza. Fot. Jan Gryka

Narutowicza 32 to wyjątkowy rozdział w historii Galerii Białej. W budynku po dawnym domu
dziecka Biała obchodziła 25-lecie istnienia i w końcu dostała przestronne pomieszczenia.

– To był najlepszy czas dla Białej. Musieliśmy się tam przenieść na czas remontu Centrum Kultury,
pamiętam, że całe Centrum było smutne z tego powodu, my wręcz przeciwnie, zobaczyliśmy ogromny potencjał tego miejsca. Zespół galerii tworzyły wtedy cztery osoby: ja, Jan Gryka, Piotr Pękala i Piotr Wysocki. To był złoty czas: robiliśmy wystawy, w piwnicy Jan prowadził Młode Forum Sztuki, które zapoczątkował w 1996 roku, zdarzało się otwieraliśmy po dziesięć wystaw w obu miejscach.

No i to niezapomniane podwórko…

– Oprócz tego istniało Podwórko Sztuki, które z każdym rokiem nasycało się pracami, związanymi z tą przestrzenią. Pamiętam, jak Grupa Twożywo malowała swój mural, Tomek Bielak zamontował plansze graficzne, a nad samym wejściem znajdował się neon „Podwórko Sztuki” Piotrka Wysockiego. Była cała masa realizacji, podwórko się cały czas zmieniało z porami roku. Kiedyś pojawiła się tęczowa rabatka, którą zrobiły dwie studentki z Uniwersytetu Przyrodniczego. Jarosław Koziara zainstalował z kolei karuzelę. Pewnego dnia przyszłam do pracy, a na tej karuzeli stała pusta butelka po cytrynówce i kartka, a na niej napis: „Dziękujemy, świetne miejsce. Studenci historii sztuki KUL”.

Napisałaś w swojej książce, że teraz siebie lubisz taką, jaka jesteś, a polubienie siebie zajęło ci kilka lat. Dlaczego tak długo?

– Musiał nastąpić trudny moment w moim osobistym życiu, czyli rozstanie. Potem były liczne przeprowadzki, aż w końcu osiadłam w małym mieszkaniu. To było trudne dlatego, że całe moje wcześniejsze życie kręciło się wokół wspólnej pasji mojej i Janka, czyli sztuki i Galerii Białej. Gdy zostałam sama, czułam, że muszę zrobić coś ze sobą, ale coś swojego. Udało mi się uzyskać pracownię w „pekinie”, czyli wieżowcu na ulicy Koryznowej. I wtedy, mając pięćdziesiąt osiem lat, zaczęłam intensywnie pracować, na początku trochę po omacku. Żeby wyjść z głowy, potrzebowałam zająć czymś ręce, zaczęłam szydełkować, robić patchworki z makatek i obrusów. I tak się stało, że siebie polubiłam. Jako kobietę i jako osobę samodzielną. Pracowni już nie mam. Zrezygnowałam z niej jak zrobiłam swoje prace.

Anna artystka musiała się podporządkować Annie szefowej galerii. Jak nawigowałaś pomiędzy tymi dwoma aspektami siebie?

– Poprzednia moja wystawa w Białej była wspólna z moją bliźniaczą siostrą Ireną, Miałyśmy też dużą wspólną prezentację „One” w Galerii Bielskiej BWA. W Galerii Białej „dopraszałam” siebie jedynie w przypadku dużych wystaw zbiorowych, poza tym starałam się nie nadużywać tej możliwości. Rzeczywiście było tak, że więcej prac pokazywałam na początku funkcjonowania galerii, wtedy dopiero tworzyło się nasze środowisko artystyczne.

A nie żałujesz tego, że poświęcając czas Białej nie miałaś go, aby tworzyć?

– Taką decyzję podjęłam, miałam poza tym dwoje dzieci, co dla każdej matki jest najważniejsze. Ale wiesz… w sumie mam dobrą odpowiedź na to pytanie. Nie mogę powiedzieć, że mało tworzyłam. Weźmy za przykład ostatnią wystawę Sebastiana Kroka: prawie sama, z pomocą dziewczyn, Kasi i Agaty, pomalowałam ściany. W ten sposób, montując osobiście niemal każdą wystawę w Białej, jakoś również technicznie na nią wpływałam. Wbijać gwoździe dla kogoś – to przyjemność dla siebie. Ale największą satysfakcję mam obecnie przy okazji tej ostatniej wystawy w Białej.

Bałaś się krzywych spojrzeń, że sama sobie robisz wystawę?

– Odpowiadam, że owszem, zrobiłam, ale również z powodów praktycznych, a Centrum Kultury wydało
niewiele, poza farbami i drobnymi wydatkami, aby zamalować mural Sebastiana. Doświadczyłam za to totalnego spełnienia zawodowego. Przez czterdzieści lat pracy etatowej nie wzięłam ani razu dodatkowej umowy od CK. Wystawa „Wyprzedaż” powstała więc w ramach etatu i również w ramach etatu codziennie jej pilnuję, łącznie z sobotami, oprowadzam gości i opowiadam o pracach. Z pewnymi kosztami wiązało się wydanie książki „wspomnieniA”, ale ona jest przede wszystkim historią galerii, choć napisaną przez pryzmat osobisty. Żadnego honorarium i w tym przypadku nie było.

Urządziłaś sobie stypę?

– W pewien sposób tak, „Wyprzedaż” jest czymś, co się wydarza na zakończenie. Na początku myślałam, żeby zaprosić wszystkich artystów związanych z Białą, ale to by był banał, w dodatku fizycznie niemożliwy i bardzo kosztowny. Miałam też pomysł, by zrobić wystawę o bieli, ale wycofałam się z niego, uznając, że byłoby to zbyt oczywiste. Może więc „Anna i przyjaciele, albo Anna i przyjaciółki?”, ale i ta koncepcja upadła. W końcu uznałam, że po prostu chcę się ze wszystkimi pożegnać – z artystami, artystkami, publicznością po to, żeby mogło powstać coś całkowicie nowego. Wydaje mi się to uczciwe.

Galeria Biała istnieje w Lublinie od 1985 roku. Jej stały zespół w tym czasie tworzyli: kierująca galerią
Anna Nawrot wspólnie z Janem Gryką, Piotr Wysocki, Piotr Pękala, Katarzyna Bartnik-Daniel, Agata Zwierzyńska.
Wystawę „Wyprzedaż” można oglądać do końca grudnia w Galerii Białej, ul. Peowiaków 12, od
wtorku do soboty w godz. 12.00-18.00.

reklama JL newsletter 844x275 1
10.2023 wsparcie 844 x 490 px 260 x 260

Na zdjęciu głównym: Anna Nawrot na tle swojej pracy „Czterdziestka”. Fot. Irena Nawrot

https://jawnylublin.pl/blokowiska-lublina-czego-nas-uczy-architektura-i-planowanie-przestrzenne-z-czasow-prl/
https://jawnylublin.pl/europejska-stolica-kultury-w-lublinie-wydaje-w-nowym-jorku/