Wesprzyj Kontakt

16 minuty czytania  •  15.08.2023

Ewa Leonowicz: Przemocowi dyrektorzy i urzędniczy beton są silni tylko naszym strachem

Udostępnij

– Oświata w Lublinie stworzyła jakiś przedziwny układ wzajemnych zależności, w których nikomu z „naszych” nie może spaść włos z głowy. Chyba powinna to wszystko zmieść jakaś bomba atomowa. Powinno się to wszystko zaorać i zacząć budować od nowa – mówi Ewa Leonowicz*, nauczycielka języka angielskiego z II LO w Lublinie.

  • W czerwcu samobójstwo popełnił nauczyciel muzyki ze Szkoły Podstawowej nr 52 w Lublinie. Wtedy wyszło na jaw, że o sytuacji w tej szkole mówi się od kilkunastu lat. Jak to możliwe, że trwało to tak długo?

– To, co spotkało pana Piotra, było straszne i trzeba o tym mówić. Ale myślę, że paradoksalnie to nie ta tragedia powinna nas napędzić do działania. Ale właśnie to, co w tej szkole działo się najprawdopodobniej od wielu lat.

Dyrektor krzyczy na pracowników w obecności innych pracowników, uczniów czy rodziców; ingeruje w spóźnienie wpisane w dzienniku, w treść wpisów na Facebooku; każe pracownikom zdeponować telefony komórkowe w sekretariacie… Znajoma psycholog zwróciła mi uwagę jeszcze na jeden straszny aspekt tej sprawy. Zabraniając występu temu człowiekowi, odwołano też występ dzieci. A one przecież się przygotowywały, cieszyły na ten koncert. To są rzeczy, które nigdy nikogo nie powinny spotkać.

Jestem ostatnią osobą, która chciałaby to oceniać, ale muszę też powiedzieć, że pani dyrektor Stacharska miała wyjątkowe szczęście do ludzi cierpliwych. Jest wiele uwarunkowań, dla których ludzie pozwalają sobie na pewne zachowania. Rodzice od dawna zbierali się, żeby coś zrobić, ale ciągle coś stało na przeszkodzie. Zawsze jeszcze trochę udawało się znieść. Najczęściej ze strachu. Dopiero śmierć nauczyciela wszystkich zmobilizowała.

  • Zwrócili się o pomoc m.in. do pani.

– To było kilka miesięcy temu, na długo przed śmiercią pana Piotra. Oczywiście nie można nawet porównywać sprawy szkoły 52 do tej, która była moim udziałem. Uważam, że w mojej sprawie uchybiono na różnych poziomach, proceduralnie i prawnie zrobiono mi krzywdę. Ale nikt nigdy mnie nie zwyzywał, nigdy pani dyrektor nie występowała przeciwko mnie przed moimi uczniami.

W mojej sprawie chodziło o nieudolne zarządzanie szkołą i personelem o to, że stałam się ofiarą dyskryminacji i nierównego traktowania w miejscu pracy. Finał był, jaki był. Ale wzięłam sprawy w swoje ręce i nadałam im odpowiedni w moim odczuciu bieg proceduralny, prawny, urzędowy. Przy okazji poznałam kilku dziennikarzy, aktywistów, ludzi zainteresowanych tym, co się dzieje w oświacie.

Jeśli chodzi o SP 52, to poradziłam, żeby zainteresowani formalizowali wszystko, co robią w relacjach z dyrekcją. To bardzo ważne. Możemy pójść na rozmowę do pani dyrektor, ale nie zdziwmy się, jeśli następnego dnia dowiemy się, że treść tej rozmowy była całkiem inna albo w ogóle jej nie było. Więc warto być przygotowanym. Mieć postulaty na piśmie, od razu złożyć je w sekretariacie, koniecznie za potwierdzeniem odbioru.

Bardzo ważne jest też zgromadzenie jak największej liczby osób, którym zależy na sprawie. Łatwiej jest występować nie w pojedynkę. Wtedy jest szansa, że nasz głos zostanie potraktowany poważnie.

  • Na Felinie rodzice stanęli po stronie pracowników szkoły. Załatwili pomoc psychologiczną, zgłosili się do Okręgowej Izby Radców Prawnych…

– To jest cudowne! Na tym tym właśnie polega obywatelskość: ludzie się zebrali, ktoś pomyślał, ktoś do kogoś napisał… Tym rodzicom należy się pomnik. Zrobili coś, o czym ja w życiu nie marzyłam – poruszyli całe środowisko. Chapeau bas!

Dziś dyrektor Stacharska jest na emeryturze, ale są być może inne szkoły, w których dzieją się podobne rzeczy. Jeżeli nic z tym nie zrobimy, to będziemy nadal tkwić w tym oświatowym szambie.

  • Ale jak przezwyciężyć strach? Przed utratą pracy, przed tym, że nawet jeśli ją zmienimy, będzie się za nami ciągnęła opinia „wichrzyciela”?

– Wbrew pozorom nauczyciela nie jest wcale tak łatwo zwolnić. Mogą się tego obawiać ci zatrudnieni na czas określony albo ci, którzy mają tylko część godzin. Ale jest ich stosunkowo niewielu, a szkoła musi pracować, wszystkich się nie zastąpi. Niech więc ci, którzy nie muszą się bać, wezmą ten trud na siebie. Koledzy zrozumieją, że nie wszyscy mogą stanąć do otwartej walki.

Ja zrobiłam to, co mogłam zrobić; prosto w oczy powiedziałam to, co miałam powiedzieć, i żadne konsekwencje służbowe mnie nie spotkały. Nawet wszelkie zarzuty, kierowane przeciwko mnie, nigdy nie zostały formalnie postawione.

W mojej szkole mniej więcej połowa rady pedagogicznej poparła mnie w sposób otwarty. I – żeby była jasność – to nie ja biegałam z listem poparcia w swojej sprawie. Czy teraz połowa nauczycieli ze szkoły musi się bać o pracę? Nie!

  • Mówi pani o „oświatowym szambie” w Lublinie. Co powinno się zmienić?

– [milczenie] Wie pani co? Chyba powinna to wszystko zmieść jakaś bomba atomowa. Powinno się to wszystko zaorać i zacząć budować od nowa.

Uważam, że oświata w Lublinie stworzyła jakiś przedziwny układ wzajemnych zależności, w których nikomu z „naszych” nie może spaść włos z głowy. Problem polega na tym, że jakość pracy dyrektorów jest oceniana przez ludzi, którzy nie widzą tych dyrektorów w pracy. Obawiam się wręcz, że jest ona oceniana poprzez relacje, jakie ci dyrektorzy mają z departamentem oświaty, z prezydentem, z radnymi. A co radny albo prezydent może wiedzieć, jak osoba, którą być może prywatnie bardzo lubi i ceni, zachowuje się jako szef? Nic.

Tyle się mówi o ewaluacji, ocenianiu pracy uczniów, nauczycieli… A może warto byłoby się zastanowić, jak to wygląda, jeśli chodzi o pracę dyrektorów? Oddajcie nam głos. Zapewniam, że będziemy obiektywni i dyrektorzy, którzy stwarzają dobre warunki pracy, zostaną dobrze ocenieni.

Nawet jeżeli dyrektor nie bierze żadnego udziału np. w szykanowaniu, które nas spotyka, to on ponosi odpowiedzialność, jeżeli o tym wie i nic z tym nie zrobi. Takie są przepisy. Podejmujecie państwo decyzję, żeby być dyrektorami, więc waszym obowiązkiem jest zapewnić nam dobre, bezpieczne warunki pracy. Po prostu.

  • Jak to wyegzekwować?

– Świadomość, obywatelskość, podmiotowość – to są te hasła, które powinno się promować już na poziomie edukacji. Ale sami nauczyciele często nie są świadomi, nie są podmiotowi. Bardzo bym chciała, żebyśmy jako środowisko podnieśli głowy. Musimy zrobić rewolucję w swoich głowach, nie w przepisach. Bo prawo w większości tych przypadków stoi po naszej stronie.

Ci wszyscy ludzie, którym się wydaje, że mają nad nami jakąś większą władze niż mają – urzędnicy, dyrektorzy – są silni tylko naszym strachem. Oczywiście jako pracownicy mamy obowiązek wypełniać polecenia służbowe, ale nie bójmy się pytać.

Mamy też prawo prosić o wydanie takiego polecenia na piśmie. Jestem przekonana, że pani Stacharska nie wydałaby pisemnie zarządzenia o obowiązku deponowania prywatnych telefonów w sekretariacie, bo zapewne wiedziała, że nie ma do tego prawa. Dyrektor nie jest królem, tylko urzędnikiem, który działa w ramach konkretnych przepisów.

Szanujmy naszych szefów, ale oczekujmy tego samego. Jest ogromna różnica między zwróceniem uwagi czy nawet ostrą wymianą zdań a krzykiem albo mówieniem do pracownika „Ty debilu”. Jest granica, której się nie przekracza.

  • Jest list poparcia dla Małgorzaty Stacharskiej, dyrektorki Szkoły Podstawowej  52, podpisany przez około 20 jej koleżanek i kolegów. Zna go pani?

– Pocieszające jest tylko to, że tak niewielu dyrektorów się pod nim podpisało. Widziałam opublikowane w Gazecie Wyborczej fragmenty. Bardzo mnie wzruszył ten o służebnym przywództwie, empatii i o tym, że pani dyrektor świeci wspaniałym przykładem.

Dla mnie wartość tego listu jest mniej więcej taka, jaką miałby list poparcia napisany w mojej szkolnej sprawie przez grupę moich koleżanek z kółka hafciarskiego. Że najlepiej z nich haftuję, a takiego grilla jak ja to nikt w mieście nie zrobi (nie należę do klubu hafciarskiego, ale czytelnicy zapewne zrozumieją metaforę).

Drogie panie dyrektorki i panowie dyrektorzy! Macie taką wiedzę o tym, jakim dyrektorem jest wasza koleżanka, jak moje zmyślone koleżanki hafciarki o tym, jakim ja jestem nauczycielem.

Dla mnie wartość miał list poparcia podpisany przez moich kolegów nauczycieli, świadków sytuacji, które mnie spotkały. A to, jak pani dyrektor Stacharska służebnie przewodzi swoim pracownikom, wiedzą tylko ci pracownicy. I tylko ich list poparcia miałby jakąkolwiek wartość. Ale pod tym, zdaje się, podpisów nie udało się zebrać.

Możecie ją bardzo lubić, możecie trzymać kciuki, ale podpisać taki list to jest tak, jak gdyby dać w pysk tym pracownikom. Czy wy ich znacie? Rozmawialiście z tymi , którzy się skarżą? Czy znacie człowieka, do którego pani dyrektor zwracała się „ty debilu” przy świadkach? Przecież to jest jakiś absurd!

„Won mi spod szkoły”

  • Z początkiem września pod budynek II LO im. Jana Zamoyskiego wrócą pikiety Fundacji Życie i Rodzina Kai Godek. Zacznijmy od tego, skąd się one wzięły pod pani szkołą. Zdaniem dyrektor szkoły Małgorzaty Klimczak zaczęło się od wywiadu kilkorga nauczycieli…

– Zaczęło się od „opinii prawnej” fundacji na temat zwracania się do osób transpłciowych wybranym przez nie imieniem. Pani dyrektor Klimczak przekazała tę opinię kilku osobom z grona pedagogicznego. Jak ma się zachować pracownik, któremu szef wręcza pismo zatytułowane „opinia prawna”? Rozmawiałam z nauczycielami i niektórzy byli zaniepokojeni tym, że może się nimi zainteresować prokurator. Fundacja zrobiła coś bardzo szkodliwego, a pani dyrektor pozwoliła temu zafunkcjonować w szkole.

Chcę tu podkreślić: nie oskarżam mojej szefowej, że chciała zadziałać na niekorzyść uczniów, których dotyczyła ta opinia. Przeciwnie – przez prawie osiem lat pracy pani dyrektor w naszej szkole osoby ze środowiska LGBT zawsze mogły się czuć bezpiecznie. Po pierwszej pikiecie była bardzo zaniepokojona i wykazała się dużą troską o młodzież. Natomiast myślę, że w tym przypadku popełniła ogromny błąd.

Tylko dlatego wraz z kolegami nauczycielami i psycholog szkolną udzieliliśmy wywiadu Tok FM. Zaznaczyliśmy w nim, że nie mamy zamiaru stać na baczność i traktować uczniów tak, jak nam dyktuje fundacja Kai Godek. Pani psycholog mówiła m.in. o tym, jak ważna jest edukacja w tym temacie.

Uważam, że to był bardzo dobry wywiad, dlatego byłam zaskoczona, kiedy zarzucono nam, że to my sprowadziliśmy fundację pod szkołę. Bardzo mnie dotknęło również to, że skupiono się na szukaniu winnych, a nie temu, co zrobić, żeby tych ludzi powstrzymać.

  • Przypomnijmy. Ludzie z fundacji przyszli pod szkołę z homofobicznymi transparentami, mówiącymi m.in. o tym, że homoseksualiści gwałcą dzieci. Swoje pikiety nazywają „akcją edukacyjno-informacyjną”, a pedagogów z II LO, w tym panią, oskarżają o „genderowanie” młodzieży.

– A co to znaczy? Jeżeli chodzi o zwracanie się do ludzi tak, jak sobie życzą, to tak, „genderuję”. To mnie nie obraża. Natomiast obrażają mnie hasła, że gej to potencjalny pedofil. Nikt nie powinien mieć prawa stać z takim banerem pod żadną szkołą, bo w każdej szkole są osoby nieheteronormatywne i one nie powinny być prześladowane.

Zresztą to nie dotyczy tylko młodzieży nieheteronormatywnej, ale każdego ucznia. Ktoś odczuwa dyskomfort na widok pary homoseksualistów, bo nie przywykł? Niektórzy czują dyskomfort na widok kobiety karmiącej piersią albo ciężarnej; są ludzie, których krępuje niepełnosprawność; dla jeszcze innych dyskomfortem jest brak biustonosza pod odzieżą uczennicy. Czy „obnoszenia się” z ciążą też zakażemy? Albo ze swoją wiarą, bo to też niektórych ludzi krępuje?

Gdyby ktoś dzisiaj stanął pod szkołą z transparentem mówiącym np. o tym, że młodzież katolicka na pewno będzie w przyszłości gwałcić małe dzieci, bo część księży tak robi, pierwsza bym go przeganiała. Bo jeżeli te banery uderzają choćby w jednego mojego ucznia, to won spod szkoły.

  • Jak uczniowie radzili sobie z tą sytuacją?

– Uruchomiliśmy różne swoje kanały. Zainteresowaliśmy Kampanię Przeciw Homofobii, która przygotowała kontropinię prawną. Zgłosili się do nas ludzie z Galerii Labirynt, że są gotowi przygotować warsztaty z psychologiem. Poinformowaliśmy posła Michała Krawczyka, ja też złożyłam doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Niestety, sprawę przeciw fundacji umorzono.

Szkoda, że dyrekcja nie zareagowała oficjalnie. Trochę zabrakło mi też głosu rodziców, zwłaszcza rodziców dzieci spoza środowiska LGBT. Tych, którzy by powiedzieli: „Nie jesteśmy rodzicami tych konkretnych dzieci, w które uderzacie, ale to są koledzy i koleżanki naszych dzieci, a wy uderzacie w nie wszystkie”. Kiedy trzeba, to rodzice wiedzą, jak napisać do kuratorium albo urzędu. Tu tego zabrakło.

  • A co pani myśli o zachowaniu władz miasta, które twierdzą, że nie mogą zakazać pikiet?

– Przyjmuję te tłumaczenia, chociaż moim zdaniem pikietujący sieją nienawiść, a z tym już trzeba walczyć zdecydowanie. Miasto deklarowało jeszcze w lutym, że coś zrobi, że zajmą się tym prawnicy i tak dalej… Skończyło się na deklaracjach. Były kolejne pikiety, a urzędnicy lawirowali, zasłaniali się literą prawa, żeby tylko nie zajmować żadnego stanowiska.

Pod szkołę przychodziła Młodzieżowa Rada Miasta ze swoim transparentem. To jest przyszłość. A gdzie byli dorośli radni?

Owszem, pojedynczo się pojawiali. Była m.in. nasza absolwentka Maja Zaborowska. Ale tak naprawdę to tam powinna przyjść po prostu cała Rada Miasta, na czele z prezydentem Banachem, może nawet prezydentem Żukiem. Wszyscy powinni tam stanąć i powiedzieć: „Dobrze, wy możecie tu stać, ale my stoimy z naszą młodzieżą”.

Ewa LeonowiczŹródło: Jawny Lublin; fot. Joanna Gierak
Ewa Leonowicz. Fot. Joanna Gierak
  • Może jeszcze przyjdą?

– Kto wie, zbliżają się wybory… Ale wiecie co? Nawet gdyby miało to być spowodowane wyborami, nie szkodzi, przyjdźcie. Panie prezydencie Żuk, panie prezydencie Banach (chciałabym też liczyć na panią dyrektor Dumkiewicz-Sprawkę, przewodniczącą komisji oświaty Jadwigę Mach) – proszę przyjść, spojrzeć tej młodzieży w oczy i powiedzieć, że są waszymi dziećmi. Gdzie jesteście?

Urzędnicy, politycy – oni doskonale wiedzą, że to jest nie w porządku. Nie wierzę, żeby ktokolwiek myślał inaczej. Może oprócz radnego Stanisław Brzozowskiego, który podczas obrad na temat mojej skargi mówił o kopulujących pieskach. A radni wysłuchali sobie tego radośnie, po czym zagłosowali tak, jak radny Brzozowski.

„A może jutro przyjdziesz do pracy bez majtek?”

  • Przypomnijmy sprawę pani skargi na dyrektorkę II LO Małgorzatę Klimczak. Jest czerwiec ubiegłego roku. Uczniowie wracają z wycieczki. Opowiadają o nauczycielu wchodzącym bez pukania do ich pokoi, o uwagach, że dziewczyny, które nie noszą staników, są egoistkami, bo ich koledzy mają burzę hormonów…

–  Sama wróciłam wtedy z wycieczki, też z „pierwszakami”. Taka zrelaksowana, fajnie było. Więc pytam tamtej klasy, jak zawsze: „No i jak było?”. A oni: „Pani profesor, najgorsza wycieczka, na jakiej byliśmy”. I zaczyna się… Te dzieci naprawdę wyglądały na straumatyzowane. Nie wiedziałam, czy sama jestem w stanie im pomóc. Zapytałam, czy chcieliby porozmawiać z psychologiem.

Kiedy pani psycholog przyszła, druga grupa zapytała, czy mogłaby dołączyć do nas, bo to ich wszystkich dotyczy. Dołączyli. Byliśmy w jednej sali, każda grupa ze swoim nauczycielem, plus pani psycholog. Na tym polegało „złączenie grup”.

Potem pojawił się zarzut, że tego nie zgłosiłam. I że nie miałam prawa takiej rozmowy przeprowadzać, bo nie jestem wychowawcą. To też jest nieprawdą, bo pełnię funkcję wychowawczą, opiekuńczą i dydaktyczną, jak każdy nauczyciel. Zresztą żadnego z tych zarzutów nie postawiono mi oficjalnie, nie wyciągnięto żadnych konsekwencji, a jestem pewna, że gdybym złamała jakieś przepisy, pani dyrektor Klimczak miałaby odpowiednie narzędzia, żeby mnie ukarać.

  • Zostaje pani wezwana „na dywanik”, bo jedna z nauczycielek poczuła się urażona pani postem o tym, że każda dziewczyna ma prawo sama decydować o tym, czy nosi stanik. Kolega, opiekun wycieczki, pyta, czy wobec tego następnym razem przyjdzie pani do pracy bez majtek. Dyrektorka nie reaguje. Przy okazji dowiaduje się pani, że młodzież kłamała. A media piszą o „aferze stanikowej”.

– Tak, niektórzy zatrzymali się na staniku, nie chcąc zrozumieć, z jak głębokim problemem mieliśmy tu do czynienia.

Jestem naprawdę ciekawa, co by się stało, gdyby moją sytuację przenieść na grunt Rady Miasta. Powiedzmy, że któraś radna wyraża swoje zdanie na temat tego, że kobieta sama powinna decydować o tym, czy zakłada bieliznę. Wtedy jej kolega radny w obecności innych radnych i przewodniczącego pyta: „Czy w związku z tym jutro przyjdziesz na sesję bez majtek?”. Pani radna jest oburzona i pyta przewodniczącego, co on z tym zrobi. A radny dalej sobie używa, aż się orientuje, że to chyba nie przejdzie, bo pani radna jest mocno wkurzona, i wtedy mówi: „No, jeśli ci to tak przeszkadza, to przepraszam”. Czy nadal na panu przewodniczącym nie ciąży obowiązek chociażby zwrócenia radnemu uwagi?

A gdyby to miało miejsce na spotkaniu dyrektorów szkół pod przewodnictwem pani dyrektor Ewy Dumkiewicz-Sprawki? Powiem szczerze, ja wiem, że nikt przy pani dyrektor nie zadałby takiego pytania.

To, co wydarzyło się w gabinecie pani dyrektor Klimczak, pokazuje w moim odczuciu jej ogromną niekompetencję w zarządzaniu personelem. Moim zdaniem pytanie, które zadał mi kolega przy pani dyrektor, nie uderza tylko we mnie. To pytanie, i fakt, że sobie na to pozwolił, uderza w moją szefową. Zaznaczę, że nie byłam pierwszą osobą, z którą ten pan wszedł w konflikt pracowniczy i zawsze to on znajdował wsparcie mojej szefowej, a nie jego oponenci.

  • To co powinna zrobić pani dyrektor?

– Moim zdaniem nigdy nie powinna zostawać dyrektorem szkoły, bo w mojej ocenie nie ma niezbędnych do tego kompetencji. Jako pracownicy wszyscy mamy prawo oczekiwać bezpieczeństwa i równego traktowania, a pracodawca ma obowiązek nam to zapewnić. Moja szefowa tego nie potrafiła.

Nie mogę wyjść spokojnie z gabinetu mojego dyrektora, w którym ktoś mnie pyta o majtki, czuć się świetnie i z radością przyjść następnego dnia do pracy. Mam prawo oczekiwać traktowania z godnością i szacunkiem przed moim szefem, moimi koleżankami, w pracy.

  • Więc napisała pani skargę do Komisji Skarg, Wniosków i Petycji Rady Miasta.

– Nie od razu. W mojej szkole doszłam do ściany, którą był brak reakcji pani dyrektor, ale próbowałam dalej. Moja szefowa twierdzi, że nagłaśniałam sprawę. Nie, niczego nie nagłaśniałam. Przypominam, że moje problemy zaczęły się na początku czerwca 2022 roku, a opinia publiczna dowiedziała się o nich w lutym 2023 r., w dniu obrad komisji.

Wcześniej zgłosiłam się m.in. po pomoc do związków zawodowych. Związki zawodowe to jest taka organizacja, od której mamy prawo oczekiwać pomocy i nie jest to „nagłaśnianie” sprawy. Pełną dokumentację przesłałam w listopadzie do Kuratorium Oświaty, wydziału oświaty i prezydenta. Wszystkie te kroki, od samego początku, podejmowałam po konsultacji i w porozumieniu z moją adwokat Sarą Lipert.

Podkreślam: nie chodziło o „upublicznianie” mojej sprawy, tylko o to, żeby to dotarło do konkretnych osób zajmujących się oświatą.

  • Rada Miasta pani skargę uznała za bezzasadną. Przekonała panią?

– Nie. Za mną stanęli koledzy i koleżanki, którzy byli świadkami tego, co wydarzyło się m.in. na radzie pedagogicznej 28 listopada, gdzie doszło do bezprecedensowego w naszym liceum, publicznego szykanowania pracownika. Poparli mnie również nauczyciele z innych placówek, rodzice, uczniowie. Za moją dyrektorką stanęli tylko ci, którzy byli od niej zależni. Ani jeden rodzic, ani jeden uczeń, nawet żaden pracownik z tych obecnych wówczas na obradach komisji.

Cóż z tego? Te głosy nie miały żadnego znaczenia. Decyzja urzędników pokazała, że nie ma znaczenia, jaka jest prawda. Ważne jest tylko to, żeby obronić swojego urzędnika.

Kiedy moja skarga została odrzucona, wiceprezydent Mariusz Banach wypowiedział znamienne słowa: „Nie byliśmy w tej sprawie całkowicie bezstronni. Każda skarga na dyrektora jest skargą na prezydenta”.

Czy ci ludzie w ogóle zdają sobie sprawę, jaki sygnał poszedł do nauczycieli w tym mieście? Ja miałam odwagę, żeby podjąć walkę, więc, umówmy się: nie boję się. Ale ale to nie oznacza, że nie kosztowało mnie to zdrowia, nerwów, upokorzeń. Natomiast urzędnicy powiedzieli: „Nie ma sprawy, nie było problemu, pani sobie coś ubzdurała”.

W wywiadzie dla Gazety Wyborczej o sytuacji w szkole nr 52 pan prezydent Banach mówi, że nie wpłynęła żadna skarga. Naprawdę? I co by pan zrobił, panie prezydencie, z tą skargą? Ja przyszłam z prawnikiem, który wykazał poważne, niepodlegające dyskusji naruszenia, a wy ich nie dostrzegliście. Więc nie powtarzajcie tych frazesów: „trzeba przyjść”, „trzeba zgłosić”… Kiedy uświadomicie sobie, że to na was ciąży odpowiedzialność za utrzymywanie niekompetentnych dyrektorów na stanowiskach?

  • Jest pani rozczarowana takim zakończeniem?

– Na mojej komisji zagłosowało sześć osób, było 4:2. Przy czym jeden z głosów za mną to był głos pani radnej Małgorzaty Suchanowskiej (PiS). Pani radna potem wycofała się, na sesji Rady Miasta głosowała już przeciwko. To ciekawe, że dopóki nie poznała innych okoliczności tej sprawy, spojrzała na nią po prostu obiektywnie. Nawet otwarcie powiedziała mojej szefowej, że nie radzi sobie z prowadzeniem placówki.

Na sesji część radnych wstrzymała się od głosu, także kobiety. Zawsze to lepiej niż głosowanie przeciw, ale dla mnie za mało. Naprawdę mnie zdziwiło, że z kilku kobiet radnych żadna nie poparła mnie jednoznacznie. Przypomnę, że chodziło o to, czy jako kobieta mam prawo swobodnie czuć się w pracy.

Za to zadano mi pytanie: „Jak się teraz czuje pani dyrektor?”. Przyznam, że byłam nim zaskoczona. A jak ja się czuję?

  • Żałuje pani? Rozpoczęcia tej walki?

– Każdego dnia wstydziłabym się sama przed sobą, że pozwoliłam tak się potraktować i nic z tym nie zrobiłam. W dodatku jestem szefową związku zawodowego w szkole, to zobowiązuje. Mam ochronę związkową. Ona nie chroni mnie przed zwolnieniem dyscyplinarnym, ale przed wieloma sytuacjami jednak chroni. Jeżeli ja pozwolę się źle potraktować, nie sięgnę po narzędzia prawne, to kto inny miałby się odważyć?

To nieprawda, że nic nie osiągnęłam, bo miasto opowiedziało się przeciwko mnie. Zainteresowani mogli dowiedzieć się o tym, jakie nieprawidłowości zdarzają się w lubelskiej oświacie. Dałam ludziom szansę wyrobienia sobie na ten temat opinii.

Myślę, że też nasi uczniowie wynieśli z mojej sprawy wspaniałą lekcję. Pani nauczycielka już nie tylko uczy ich, że są ważni, że ich godność jest ważna i nie można nikomu im jej odbierać, ale pokazuje, że można o tę godność walczyć. Tylko trzeba zacząć. Nie można się bać. Przemocowi dyrektorzy, urzędniczy beton, są silni tylko naszym strachem, niczym więcej. Dostaniecie w tyłek tylko wtedy, kiedy będziecie siedzieć cicho i godzić się na to.

„To jest ten sukces, pani dyrektor?”

  • Jak dziś wygląda pani sytuacja zawodowa?

– To wszystko było dla mnie szokiem. Kulminacją była rada pedagogiczna, na której pani dyrektor połączyła sprawę wycieczki z pikietami i o wszystko mnie obwiniła, upubliczniając wraz opiekunami feralnej wycieczki szczegóły spotkania w jej gabinecie.

To był ogromny stres. W poniedziałek, jestem w pracy i już planuję wtorek. Mówię do klasy: „Cześć, Robaczki, zobaczymy się jutro”. A następnego dnia do pracy nie przychodzę, bo po tym, co mnie spotyka na radzie, nie jestem w stanie przestąpić progu tego miejsca, przynajmniej przez jakiś czas. To bardzo trudna sytuacja.

Byłam na bardzo długim zwolnieniu lekarskim, a teraz jestem na rocznym urlopie dla poratowania zdrowia. I to jest czas na to, żeby się otrząsnąć z tego wszystkiego, dojść do siebie.

Ja kocham tę szkołę! Zamoy zawsze był oazą swobody, wolności, niezależności, ale też takiej zdrowej rebelii. To było miejsce, w którym zawsze można było swobodnie manifestować siebie i wyrażać swoje poglądy. Różne, czasem skrajne, ale można było otwarcie i swobodnie dyskutować. Nota bene, naszą szkołę kończył pan minister Czarnek. Oczywiście nie wiem, na ile jego poglądy były wtedy wyraziste i jak głośno je wyrażał, ale nie dziwię się, że wspaniale wspomina szkołę. Bo to zawsze było miejsce dla każdego.

  • Pani dyrektor Klimczak przyszła z innej szkoły. Nie wpasowała się?

– Pani dyrektor Klimczak w 2015 roku została przywitana przez nas z radością. Zamoy był wtedy w takim miejscu, że potrzebowaliśmy zmiany i byliśmy otwarci.

Ale obawiam się, że nie złapała tego ducha. U nas zawsze był troszkę inny styl, bez „akademii ku czci”. Akademie oczywiście się odbywały, ale zawsze w duchu otwartości, trochę awangardy. Były też osoby konserwatywne, ale to było fajne, bo tak cudownie iskrzyło. Więc zdarzały się akademie „pod krawat” i takie bardziej „porozpinane”.

I nagle ta atmosfera przestała sprzyjać. To nie był jeden dzień, ale w końcu coś się popsuło. Zaczęło się robić „pancernie”.

  • Jakie ma pani teraz plany?

– Teraz muszę przewartościować pewne sprawy. Najważniejsza w moim życiu jest rodzina, bliscy; dobrze, żeby być zdrowym. Na poziomie pracowniczym zostałam sponiewierana, ale nieprawdopodobne wsparcie, jakie dostałam, pomogło mi się z tego dźwignąć. Moi koledzy i koleżanki z pracy byli, dzwonili, przychodzili. Miałam też wsparcie rodziców, uczniów, absolwentów. Dzięki temu jestem pewna, że powolutku wszystko sobie poukładam.

Tylko zobaczmy, jakie to jest absurdalne. Kocham to, co robię, jestem w tym dobra i kocham moich uczniów, którzy też mnie jakoś lubią. Nawet demokratycznie wybrali mnie nauczycielką roku. I teraz, na skutek działań dyrekcji, ale też władz miasta, nie mogę być z nimi, bo potrzebuję poprzestawiać sobie różne rzeczy, żeby dojść do siebie. To naprawdę jest sukces, kiedy doprowadza się do tego, że nauczyciel lubiany przez młodzież nie jest w stanie przez jakiś czas wrócić do pracy? Bo takie warunki mu się stworzyło, że on musi walczyć z systemem i nie ma siły, żeby coś innego robić? To jest ten sukces, pani dyrektor, panie prezydencie?


* Ewa Leonowicz jest nauczycielką angielskiego w II LO im. Jana Hetmana Zamoyskiego w Lublinie. Z prestiżowym liceum jest związana od dwudziestu lat, od początku swojej zawodowej kariery. Opinia publiczna poznała ją, kiedy złożyła do Rady Miasta skargę na dyrektorkę swojej szkoły Małgorzatę Klimczak. Dla wielu mediów bohaterka „afery stanikowej”. Dla Fundacji Życie i Rodzina „genderowa nauczycielka”. Dla swoich uczniów Nauczycielka Roku.

Jedna odpowiedź do “Ewa Leonowicz: Przemocowi dyrektorzy i urzędniczy beton są silni tylko naszym strachem”

  1. Miasto Prywatne pisze:

    Miasto Prywatne

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane artykuły

3 minuty czytania

21.05.2024

Znany prawnik ma kłopoty. Sprawą prof. Andrzeja Kidyby zajmie się rzecznik dyscyplinarny

Władze UMCS przekazały sprawę prof. Andrzeja Kidyby do Rzecznika dyscyplinarnego…

4 minuty czytania

21.05.2024

„Takiego dyrygenta w swojej karierze nie spotkałem”. Sprawa Rodka wraca do sądu

Wojciech Rodek decyzją sądu w ramach tzw. zabezpieczenia został zatrudniony…

4 minuty czytania

19.05.2024

Wojewoda sprawdza budowę na zboczu wąwozu. Miasto pozwoliło tam na piętrowy garaż

Wojewoda z urzędu prowadzi postępowanie, które może zakończyć się unieważnieniem…

6 minuty czytania

17.05.2024

Znany profesor może zostać wyrzucony z uczelni

Prof. dr hab. Andrzej Kidyba został odsunięty od prowadzenia zajęć…

3 minuty czytania

16.05.2024

„Nie powiedział wprost: molestowałem”. Czy nauczyciel faktycznie się przyznał?

Na początku kwietnia wojewoda Krzysztof Komorski i kurator oświaty Tomasz…

2 minuty czytania

14.05.2024

Zarząd województwa podzielił się zadaniami. Marszałek sam przypilnuje strumienia eurofunduszy

Wybrany tydzień temu przez sejmik województwa zarząd podzielił między sobą…

4 minuty czytania

14.05.2024

Rezerwat Dzikich Dzieci na Rusałce. Bo kuria chce mieć park i nie tylko

Rezerwat Dzikich Dzieci musiał się wynieść z kościelnej działki na…

5 minuty czytania

09.05.2024

Powrót dyrygenta i bunt części orkiestry w Filharmonii Lubelskiej

Kuriozalna sytuacja, kiedy Filharmonia Lubelska miała dwóch pierwszych dyrygentów, nie…