5 minut czytania • 30.06.2026 13:45
Dotacje wydane, ale system nie działał, a SOR nigdy nie ruszył. Dziesiątki milionów do zwrotu
Udostępnij
NCBR żąda zwrotu ponad 14 mln zł, jakie przyznał Uniwersytetowi Medycznemu na wdrożenie systemu informatycznego. Z kolei nad Uniwersyteckim Szpitalem Klinicznym nr 1 wisi widmo oddania 23 mln zł Chodzi o wybudowanie Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, który nigdy nie został uruchomiony.
Ten tekst powstał dzięki wsparciu naszych Czytelników. Dziękujemy, że nas czytacie i wierzycie w sens tego, co robimy.
zostań patronem: patronite.pl/jawnylublin
szybki przelew: jawnylublin.pl/wplacam
Pierwszy z problemów Uniwersytetu Medycznego to pokłosie niedawnych ustaleń Najwyższej Izby Kontroli, która sprawdziła jak UMLUB wykorzystał zewnętrzne dotacje na cyfryzację uczelni. Zintegrowany System Informatyczny do zarządzania uczelnią (ZSI) kosztował 15,9 mln zł. Pod tym hasłem kryje się bardzo skomplikowane i rozbudowane narzędzie służące m.in. do prowadzenia księgowości, spraw kadrowych, obiegu dokumentów, rozliczania pracy dydaktycznej, obsługi studentów.
Projekt zaliczył spore opóźnienie – dokładnie 184 dni. Został odebrany przez uczelnię 30 września 2024 roku, ale gdy sprawę w październiku 2025 r. badała NIK, system nadal nie działał. Choć „potwierdzono poprawność wykonania prac, ich zgodność z parametrami i funkcjonalnościami określonymi w umowie oraz wykonanie przedmiotu umowy” – czytamy w raporcie pokontrolnym NIK.
Kiedy w połowie czerwca br. opisywaliśmy tę sprawę, Piotr Lewandowski, rzecznik prasowy UMLUB informował, że system został już uruchomiony.
NCBR chce zwrotu, Uniwersytet Medyczny nie oddaje
Miliony złotych na uczelniany system informatyczny przyznało Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Jak ustaliliśmy, jeszcze przed opublikowaniem wyników NIK-owskiej kontroli NCBR zażądał zwrotu dotacji. Rzecznik Uniwersytetu Medycznego potwierdza, że pierwsze pismo w tej sprawie uczelnia dostała 3 marca br. Pieniędzy oddawać nie zamierza.
– Nie ma podstaw do przyjęcia, że uniwersytet będzie zobowiązany do zwrotu dofinansowania. Obecnie prowadzone jest postępowanie, w ramach którego uczelnia przedstawiła swoje stanowisko i argumentację dotyczącą oceny zaistniałych okoliczności. Ostateczne rozstrzygnięcia w tej sprawie nie zapadły – tłumaczy Piotr Lewandowski.
Dodaje, że UMLUB prowadzi z NCBR „przewidziany przepisami prawa proces wyjaśniania kwestii związanych z rozliczeniem projektu, korzystając przy tym z przysługujących mu środków prawnych”.
– Wdrożenie Zintegrowanego Systemu Informatycznego nie jest projektem zaniechanym, UMLUB prowadzi działania zmierzające do zapewnienia pełnego wykorzystania i rozwijania funkcjonalności systemu. Z uwagi na dobro toczącego się postępowania, Uniwersytet nie komentuje szczegółów prowadzonej wymiany stanowisk z NCBiR – informuje rzecznik.
Zespół NCBR jednak niczego nie ukrywa. – Zwrotu kwot nieprawidłowości i odsetek beneficjent powinien dokonać w nieprzekraczalnym terminie 14 dni kalendarzowych od dnia doręczenia wezwań do zapłaty. Łączna kwota należności głównej (bez odsetek) to 14 398 695,31 zł – podaje. Dodaje, że centrum jest w trakcie powoływania zespołu ekspertów do oceny stanowiska uczelni, czyli odpowiedzi na wezwanie do zwrotu środków. – Po wykonaniu oceny eksperckiej NCBR podejmie działania zgodne z obowiązującym prawem i procedurami – tłumaczy NCBR.
Przypomnijmy, że NIK miała też zastrzeżenia do Politechniki Lubelskiej i 571.9 tys. zł na przygotowanie aplikacji dla osób niepełnosprawnych, która miał pomóc im w poruszaniu się po uczelni. Program nie spełniał wszystkich wymaganych przepisami prawa warunków. W tym jednak przypadku NCBR nie domaga się pieniędzy. Tłumaczy, że nie ma ani wiedzy, ani dokumentów świadczących, że doszło do nieprawidłowości.
SOR widmo przy ul. Staszica
Podobny problem ma podlegający uczelni medycznej Uniwersytecki Szpital Kliniczny nr 1. Placówką przy ul. Staszica kieruje lek. med. Beata Gawelska. Chodzi o zwrot znacznie większych pieniędzy.
Ale od początku. W czerwcu 2024 roku szpital uroczyście zakończył wielką rozbudowę. Wstęgę przecinali m.in. były wojewoda lubelski Lech Sprawka (PiS), rektor UMLUB prof. Wojciech Załuska, arcybiskup lubelski Stanisław Budzik, prawosławny arcybiskup Abel i senator PiS Grzegorz Czelej. Wartość trwającej lata inwestycji to przeszło 427 mln zł. Uniwersytet Medyczny w Lublinie, do którego należy placówka, wyłożył 71,8 mln zł. Pozostałe pieniądze pochodziły z funduszy unijnych i rządowej dotacji w wysokości blisko 279 mln zł.
Inwestycja była ogromna, bo dotyczyła nie obiektów przy ul. Staszica, ale także przy ul. Radziwiłłowskiej i Głuskiej, gdzie powstał budynek Kliniki Psychiatrii. Jak podaje USK nr 1 na swojej stronie chodziło o „modernizację kompleksu budynków szpitala, a także zmianę lokalizacji jednostek zabiegowych i medycyny ratunkowej, utworzenie Centrum Zdrowia Psychicznego, Zakładu Radioterapii oraz wyposażenie w nowoczesną aparaturę i sprzęt medyczny.”
Jednym z inwestycyjnych zadań było wybudowanie Szpitalnego Oddziału Ratunkowego wraz z lądowiskiem na śmigłowców przy ul. Staszica. W Lublinie jest takich kilka, a nowy odciążyłby załogi pozostałych SOR-ów. W 2025 roku światło dzienne ujrzał raport Najwyższej Izby Kontroli, która prześwietlała tę inwestycję. Okazało się wówczas, że oddział nie działa, bo dyrekcja szpitala uznała, że jego uruchomienie jest nieopłacalne. Miesięczne przychody po uruchomieniu SOR-u miałyby wynosić około 750 tys. zł, przy czym „utracone przez szpital miesięczne przychody w związku z zakończeniem funkcjonowania izby przyjęć mogą wynieść około 675 tys. zł.”. Dodatkowo szpital spodziewał się wzrostu kosztów związany z zatrudnieniem na oddziale – w wysokości ponad 400 tys. zł miesięcznie.
– Szpital bierze pod uwagę również fakt, że oprócz zwiększonych kosztów wynagrodzeń, w związku z uruchomieniem SOR wzrosną inne kategorie kosztów związane z funkcjonowaniem tej jednostki, takie jak m.in. koszty zużycia materiałów i energii, w tym koszty zużycia leków i materiałów medycznych, koszty usług obcych czy koszty diagnostyki szpitalnej oraz zewnętrznej – analizowała NIK.
Jeszcze w 2025 r. USK1 planował, że SOR wystartuje w styczniu 2026 r. Tak się nie stało, bo z wyliczeń dyrektor Gawlewskiej wynikało, że trzeba wydać 13 mln zł na jego wyposażenie. Efekt jest taki, że oddziału wybudowanego za blisko 23 mln zł nie uruchomiono.
Minister chce zwrotu dotacji, szpital nic o tym nie wie
O tej sytuacji Ministerstwo Zdrowia dowiedziało się z raportu NIK. Gdy niedawno o sprawę zapytał poseł PiS, Michał Moskal, wiceministra Katarzyna Kacperczyk. odpowiadała, że resort „analizuje sytuację pod kątem dochodzenia od Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 Lublinie pieniędzy przeznaczonych na powstanie SOR-u wraz z odsetkami„.
Teraz Biuro Komunikacji MZ informuje: – Finalizowana jest sprawa dotycząca zwrotu środków – wraz z odsetkami – które były wydatkowane przez szpital niezgodnie z przeznaczeniem.
W odpowiedzi na nasze pytania USK1 tłumaczy, że nie otrzymał od Ministerstwa Zdrowia takiej informacji. – Dlatego też wszelkie dalsze tezy mają charakter spekulacyjny i nie stanowią podstawy do przedstawienia stanowiska podmiotu leczniczego – komentuje Sekcja Komunikacji i Promocji szpitala.
Jednocześnie placówka informuje, że zgodnie z publikowanym przez wojewodę lubelskiego „Planem działania systemu Państwowe Ratownictwo Medyczne dla województwa lubelskiego” SOR ma zostać uruchomiony 1 stycznia 2027 roku. Plan został zaktualizowany w maju br. i faktycznie zakłada powstanie SOR-u przy ul. Staszica w styczniu. Planowane jest uruchomienie takiego oddziału w 1 Wojskowym Szpitalu Klinicznym z Polikliniką i Samodzielnym Publicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej w Lublinie przy Al. Racławickich.
W tym przypadku NIK też miała uwagi. Szpital wojskowy wydał 3 mln zł na lądowisko dla helikopterów, ale od listopada 2021 r. wykonano na nim zaledwie kilka lotów. Od 2022 r. do grudnia 2025 r. lądowisko było wyłączone z użytku, bo trwała nadbudowa budynku szpitala.




Jeszcze chyba nigdy w historii tak gigantyczne wpompowane dotacje nie przyniosły tak miernych efektów jak w przypadku prób ożywienia tego gospodarczego zombie jakim jest Dziadogród.
Dziadogród – miasto, którego „elity” – tak z kręgów władzy i instytucji publicznych, jak i byznesu – wyspecjalizowały się w jednej głównej dziedzinie – ssania środków publicznych z budżetu centralnego i z UE, nie zawracając sobie w ogóle głowy użytecznością tak zasponsorowanych wydatków do tego stopnia, że ta (ledwo) żywa karykatura idei neolibu wspierania „rozwoju” powinna kiedyś znaleźć miejsce w annałach historii mitu „ściekania bogactwa”, na której oparte są założenia euro-neolibu.
Póki co jednak ta manna ciągle napycha kieszenie 1-procentowców, których spora część następnie – nie wiedząc co począć z tą manną – „inwestuje” w kurniki i tak właśnie kręci się r0zwój.
Do czasu.
Nic nie da się zrobić. Niezadowolenie elit, czyli lekarzy najbogatszych, a zarazem jeśli nie uczestniczących w sprawowaniu władzy, to z władzą uczelnianą związanych, jest faktem. Podobnie jak to, że gołym okiem (również tych najbogatszych pracowników) widać, że nie ma co liczyć na szybką zmianę frustrującego ich i z ich punktu widzenia fatalnego stanu rzeczy.
Wielu w tej sytuacji przypomina się referendum w Krakowie i obalenie skompromitowanego porażkami włodarza miasta, dokonane przecież właśnie w dużym stopniu przez kolektywne działanie. Teoretycznie można by postawić się, pokazać, że wybór nowego rektora innego niż ten jedyny jest faktem, na który ktoś jednak ma jakiś wpływ.
Jednak rzecz w tym, że w Krakowie społeczeństwo było zorganizowane oddolnie. Innymi słowy — obalać było komu i w imię czego. Na UM sytuacja jest inna. Era załuszczyzmu wyjałowiła uczelnię. Proakademicki liberalizm najpierw się skompromitował, potem został, ku radości, a przynajmniej bez smutku ogromnej większości pracowników, rozbity, wypchnięty na dosłowną albo wewnętrzną emigrację. Nie ma jakichkolwiek alternatywnych wobec oficjalnych struktur politycznych, o których można by sądzić, że byłyby w stanie przejąć władzę.
Sama zaś społeczność akademicka może wprawdzie być sfrustrowana sytuacją i życzyć sobie zmiany, ale przez lata od pandemii wspierając obecnego rektora, akceptując kolejne fazy przykręcania przez niego śruby i autorytaryzowania uniwersytety, sama pozbawiła się możliwości stworzenia jakiejkolwiek formuły uzasadniającej gwałtowną rekonfigurację. Tym bardziej — rewoltę.
A każde takie działanie musi przecież mieć sztandar, jego frontlinerzy muszą móc odpowiedzieć — nawet sami sobie — na pytanie: „w imię czego?”. Nie mogą nagle wyjść jako po prostu opozycja — przecież aktywnie uczestniczyli, a przynajmniej akceptowali to zohydzenie i degenerację. Ani w nią nie wierzą, ani, gdyby zechcieli ją nagle „wyznać”, nie byliby w tym wiarygodni. Jest za późno, żeby zacząć pić wodę mineralną Borzomi — brzmi jedno z rosyjskich powiedzeń. Znaczy to tyle, że już zaczęliśmy pić wódkę, wypiliśmy jej już dużo, i teraz nagle nie przestawimy całego przyjęcia na bezalkoholowe tory, bo na tej uczelni się po prostu nie da.
Aby w tej sytuacji miały szanse na serio rozpocząć się jakieś gwałtowne procesy, skierowane przeciw tej władzy albo też wewnątrz niej, nakierowane na zmianę rządzących, sytuacja UM musiałaby stać się, w rozumieniu powszechnym, rozpaczliwa. Teraz jest dla wielu niezadowalająca, frustrująca — ale rozpaczliwa wciąż nie jest, o co władza dba doskonale. Co zapewne najważniejsze — nic nie wskazuje ani na to, żeby pozycja rektora i prorektorów ulegała osłabieniu, ani żeby sam rektor uważał sytuację, swoją czy uczelni, za beznadziejną.
W rzeczywistości ten rektor jest albo tak dwulicowy, albo szczerze daleki od uznania sytuacji za krytyczną i szczerze wierzy, że zwycięstwo jego następcy jest pewne.
A dodatkowo rektor jest w obecnej kadencji tylko marionetką. Nie ma też żadnych wątpliwości, że to następca podejmuje wszystkie kluczowe decyzje. Istotą problemu jest to, że proces decyzyjny opiera się na jednej osobie, a ta osoba kieruje się pewną swoją, niezachwianą i nienaruszalną wizją funkcjonowania UM. Ta wizja automatycznie odfiltrowuje zarówno ludzi myślących inaczej, jak i wszelkie informacje, które jej przeczą. Powoduje natomiast, że wszelkie narracje potwierdzające ją są natychmiast podchwytywane i powielane bez końca. Wyraźnym wykwitem takiej konstytucji psychicznej jest propagandowy mail z informacjami prasowymi o uniwersytecie, wysyłany co tydzień do wszystkich pracowników. Rzecz jasna – samymi dobrymi, jak w Korei Północnej.
W tym obrazie świata uczelnia jest korporacją, jej pracownik wyrobnikiem, profesor z kwalifikacjami regularnym obciążeniem budżetu (związanym z ustawowym wynagrodzeniem), a najoptymalniejszą czynnością zarządczą jest zatrudnienie zamiast profesora kogoś świeżo po studiach na etacie „asystenta w grupie dydaktycznej”, gdzie za miskę zupy (czyli minimalne krajowe wynagrodzenie) odpracuje 360 godzin pensum, a w razie potrzeby nawet nadgodziny za 30 złotych brutto. Nadto wszystkie artykuły w prasie, demaskujące reżim obecnej władzy, traktowane są nie jako konkretny rezultat działań trzeciej władzy, lecz jako wielka dywersja, wymagająca przeprowadzenia śledztwa przez ABW.
Innymi słowy: długotrwałość rządów Załuski, ich autorytarny z jednej a ideologiczny (od pewnego momentu) z drugiej charakter i okoliczność, że przez tak długi czas mógł kształtować swoje otoczenie bez ingerencji w ten proces jakiegokolwiek czynnika wobec niego zewnętrznego, spowodowały, że obecnie sytuacja osiągnęła tam poziom homeostazy, naturalnej niezmienności. Wokół rektora i prorektorów nie ma nikogo, kto myślałby jakoś zasadniczo inaczej niż on sam. I nikt taki nie ma szansy się tam pojawić.
Nie jest to, dodajmy, fenomen endemicznie lubelski. Do pewnego stopnia rodzi się periodycznie i gdzie indziej, zwłaszcza na terenie byłego zaboru rosyjskiego, jednakże Lublin jest zagłębiem takiej mentalności.
W Iraku, w czasie wojny i po niej. Amerykańska kwatera główna znalazła się w tzw. Zielonej Strefie — ściśle oddzielonej od reszty kraju, w której „kierownictwo zaczęło zapełniać wakaty lojalistami”. W rezultacie w Zielonej Strefie wytworzyła się kultura politycznej i ideologicznej jednomyślności. Ludzie pozostający na zewnątrz dostrzegali błędy okupacyjnej administracji, widzieli, że sytuacja nie rozwija się w dobrym kierunku. Ale wewnątrz komfortowej Strefy ideologiczna retoryka zagłuszała rzeczywistość. „Ta filozofia rządzenia, zdominowana przez kryterium lojalności, doprowadziła do katastrofy”. Nie było bowiem komu powiedzieć kierownictwu prawdy, przestrzec go przed zagrożeniami. Zdolnych do tego system albo wypluł, albo odeszli sami.
Tak potrafiło dziać się w systemie będącym jako całość demokratycznym i pluralistycznym. Wyobraźmy sobie, o ile dalej takie procesy musiały postąpić na uczelni w Polsce B albo nawet C, w systemie od reformy Gowina całkowicie niedemokratycznym i od pandemii mającym jeden, niezmienialny ośrodek władzy, którego kulturową cechą od zawsze była pazerność, mafijność oraz pasywność ogółu?
Dlatego, dopóki machina UM nie zacznie w sposób zauważalny przestawać działać, nie należy spodziewać się zmiany władzy. Nie należy też, ustępstw Załuski ani jego następcy, niezależnie od tego, jak trudna stanie się sytuacja. Kolegium rektorskie jest bowiem przekonane, że zawsze znajdą się wystarczające zasoby do kontynuacji obecnej polityki, a nawet jeśli cierpliwość społeczności akademickiej zacznie się wyczerpywać, nie doprowadzi to do złagodzenia stanowiska, lecz do kolejnej spirali eskalacji i eliminacji dywersantów.
@UMTT
W zasadzie skrót UM można byłoby odczytać jako Urząd Miasta, a wywód nadal pozostałby adekwatny.
Dlatego, że obie instytucje działają na bazie podobnego algorytmu, tj. 'urząd/uczelnia jako korporacja’, a wiadomo, że w kapitalizmie gadka o „demokracji” (czy o jej pozorach) kończy się definitywnie w momencie, kiedy przekraczasz bramę zakładu pracy, gdzie władzę sprawuje niepodzielnie jakiś duce.
Polecam zrobić oddzielny artykuł o SOR w Wojskowym i zapytać dyrekcję czy i kiedy faktycznie SOR zostanie tam uruchomiony. Ta sama sytuacja – wzięta wielomilionowa dotacja na rozbudowę szpitala i SOR, a plotki głoszą że SOR otworzony w EŁKU jako filia, tylko po to żeby tu nie otwierać.
Za komuny były od razu kryminał a może i nawet kara śmierci. Nie lubię komuny i komunistów ale to bezkarne marnowanie ogromnych pieniędzy jest przerażające. A oczywiście nic się nie dzieje przypadkiem w budowlance przecież jest Gigantyczna korupcja. Skoro nie działa nie powinien być nigdy odebrany proste?
A jak wygląda sprawa pewnego torreadora, rok temu media trąbiły i nagle wszystko ucichło? Taki Dawidek ciągnął kasę, fałszował dokumenty, a w przypadku lubelskiej afery cisza.