Wesprzyj Kontakt

9 minuty czytania  •  12.07.2022

Co się stanie z demokracją, jeśli znikną niezależne media lokalne?

Udostępnij

Czy lokalne niezależne media przetrwają? To nie dramatyzowanie – zapewniają wydawcy. Spadek czytelnictwa, konieczność przeprowadzenia modernizacji i cyfryzacji, a teraz jeszcze kryzys wywołany pandemią i wojną. Sytuację pogarsza nieuczciwa konkurencja ze strony… władz samorządowych. Czas na lokalną akcję #wolnemedia?

Media przeszły już niejedną rewolucję i potrafią radzić sobie z kłopotami. Obecny kryzys może być jednak zabójczy, zwłaszcza dla małych lokalnych wydawców. Potrzebna jest pomoc, choćby w postaci ogłoszeń z samorządu. Tylko co, jeśli samorząd nie tylko nie informuje mieszkańców za pośrednictwem niezależnych, czasem krytycznych wobec niego wydawnictw, ale nawet podbiera nieliczne reklamy z rynku do własnych periodyków? W dodatku z niezależnymi dziennikarzami walczy w sądach?

O tym, jak wspierać niezależność mediów lokalnych, rozmawiano 22 czerwca w Lublinie. Organizatorami wydarzenia były Fundacja Wolności oraz Sieć Obywatelska Watchdog Polska.

Lublin mediami stoi

Dlaczego w Lublinie? Bo jest wyjątkowy – odpowiadają organizatorzy. To tu udało się zbudować organizacje strażnicze i tu działa Fundacja Wolności. – Drugi powód jest taki, że choć głośnych spraw dotyczących mediów lokalnych było wiele, to najgłośniejsze w ostatnich latach dotyczyły działających właśnie w tym regionie „Dziennika Wschodniego” i „Tygodnika Zamojskiego” – tłumaczy Katarzyna Batko-Tołuć z Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska. Chodzi o próbę przejęcia i likwidacji wydawcy „Dziennika Wschodniego” oraz sądową batalię miejskiej spółki z „Tygodnikiem Zamojskim” i wyroki dla dziennikarzy.

Ale też dlatego, że Lublin mediami stoi – ironizuje prezes Fundacji Wolności Krzysztof Jakubowski. Na dowód pokazuje lubelskie bezpłatne media samorządowe – biuletyn miejski rozsyłany do skrzynek mieszkańców w nakładzie 150 tys. egzemplarzy oraz magazyn sportowy wydawany przez spółkę miejską. Za przygotowanie do druku, druk i kolportaż swojego biuletynu miasto zapłaci w tym roku prawie 400 tys. zł.

Fundacja sprawdziła także, ile kosztuje promocja u „konkurencji”. W sumie wydatki miasta na ten cel w 2021 r. to 560 tys. zł. Najwięcej zarobiły: lubelskie wydanie „Gazety Wyborczej” (101 tys. zł), „Kurier Lubelski” (46 tys.) i „Dziennik Wschodni” (25 tys. zł). Jakubowski zwraca uwagę na kolejność gazet. – Gdybyśmy popatrzyli na nakład, pewnie byłoby odwrotnie, czyli „Dziennik Wschodni” byłby na pierwszym miejscu, ale jest najbardziej krytyczny wobec władz miasta – zauważa. TVP Lublin dostała dwa zlecenia, w sumie na ok. 65 tys. zł.

Natomiast urząd marszałkowski na promocję województwa w mediach wydał 3, 7 mln zł. Ponad dwa miliony trafiły do TVP i TVP Lublin. Marszałek całkiem inaczej niż prezydent podzielił pieniądze dla lubelskich dzienników. „Kurier Lubelski” zarobił 120 tys. zł, „Dziennik Wschodni”  69 tys. zł, a „Gazeta Wyborcza”…  846 zł.

Ponieważ dalej będzie dużo o mediach lokalnych, warto tu wspomnieć, że wspomniane dzienniki nimi nie są. To media regionalne, bo wychodzą w dużym mieście i mają większy zasięg terytorialny niż lokalne.

Gazety władzy pełne dobrych wiadomości

A czym są gazety samorządowe? – Nie ma ustawowej definicji, ale przyjmuje się, że to prasa wydawana bezpośrednio przez urzędy gmin lub przez jednostki im podległe – biblioteki, ośrodki kultury, spółki komunalne – mówi Konrad Siemaszko z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Sieć Obywatelska Watchdog Polska „gazety władzy” bada już od jakiegoś czasu (raport z 2021 r.). Z zebranych przez organizację danych wynika, że takie pisma wydaje około 40 proc. gmin (dużo, ale mniej niż na przełomie stuleci, kiedy robił to niemal każdy samorząd), bez względu na opcję polityczną. Redakcje mieszczą się przeważnie w urzędach gmin i miast, a piszą w nich na ogół urzędnicy, najczęściej pracownicy wydziałów promocji. – To bardzo dobrze oddaje charakter tych gazet – podsumowuje Siemaszko.

Ale właściwie o co chodzi? Czy to nie fajnie poczytać wiadomości z pierwszej ręki o sukcesach lokalnych sportowców, kolumbarium na Majdanku i tysiącach kwiatów na lubelskich ulicach? Fajnie. Tylko że piszący w tych periodykach pracownicy urzędu nie zapytają już np. o nieścisłości w dokumentacji nowego stadionu albo imponujący koszt zielonego przystanku.

Komu są potrzebne niezależne media?

Rezygnacja z funkcji kontrolnej, a więc jednego z kluczowych zadań mediów, nie jest jedynym problemem związanym z „gazetami władzy”. Dysponując pieniędzmi z budżetów gminnych, stanowią nieuczciwą konkurencję dla pozbawionych dotacji niezależnych lokalnych mediów. Niemała część gminnej prasy oferuje też możliwość reklamowania się na jej łamach, często za cenę znacznie niższą niż prywatna konkurencja. Zdarzają się też znacznie mniej subtelne niż cena metody perswazji. Konrad Siemaszko wspomina e-mail, jaki jeden z włodarzy wysłał do chcącego zareklamować się w lokalnej gazecie przedsiębiorcy. – Burmistrz pytał w nim, czy to na pewno dobrze zainwestowane pieniądze i czy dobrze posłużą wizerunkowi firmy – cytuje prawnik fundacji helsińskiej.

Istnienie mediów samorządowych może też poważnie zakłócać demokrację lokalną. Jak często można w nich znaleźć wypowiedzi opozycyjnych radnych? I czy przed wyborami gminne wydawnictwo udostępni na równych zasadach swoje opłacane z publicznych pieniędzy łamy konkurentom wójta lub prezydenta? – Warto zwrócić się do lokalnych komisarzy wyborczych, bo często biuletyny są wykorzystywane do omijania przepisów wyborczych – podkreśla Cezary Węgliński z biura Rzecznika Praw Obywatelskich.

Samorządy łamią prawo?

Ten artykuł powstał dzięki wsparciu finansowemu naszych czytelników

Wspieram

Zdaniem wielu prawników „gazety władzy” są po prostu nielegalne. To obywatel może robić wszystko, co nie jest zakazane, natomiast władza publiczna – tylko to, na co pozwala jej prawo. W tej kwestii zgadzają się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, RPO, regionalne izby obrachunkowe. – Naszym zdaniem nie istnieje żadna podstawa prawna, która pozwalałaby na wydawanie takiej prasy, więc jest to bezprawne – wyjaśnia Konrad Siemaszko. I dodaje: – W idealnym świecie wystarczyłoby egzekwowanie istniejących przepisów, które już nie pozwalają na wydawanie gazet samorządowych, ale skoro samorządy powołują się na potrzebę informowania swoich mieszkańców, działań promocyjnych, może pożądanym krokiem byłoby wydanie zakazu wydawania takiej prasy.

I nic tu nie ma do rzeczy kwestia wolności słowa, choć samorządy często się na nią powołują. – Władzy nie przysługują prawa i wolności, jakie przysługują jednostkom i obywatelom. Te wolności mają służyć jako tarcza i miecz przeciwko władzy, a nie władzy do walki z tymi obywatelami – przypomina Siemaszko. Jak pokazuje praktyka, taka tarcza nie zawsze wystarcza.

Andrzej Andrysiak, właściciel „Gazety Radomszczańskiej” i prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych media samorządowe nazywa „małymi telewizjami Jacka Kurskiego, tylko o różnych opcjach politycznych”. Chce, żeby w tę dyskusję włączyły się media ogólnopolskie, które na razie nie doceniają wagi problemu. – Trzeba zacząć debatę, żeby kiedyś jakiś rząd podjął decyzję, bo bez mediów lokalnych nie ma demokracji, tylko małe udzielne księstwa, gdzie wójt, burmistrz czy prezydent robi co chce – alarmuje.

Zamość: wyrok już jest, teraz toczy się śledztwo

„Tygodnik Zamojski” działa od czterech dekad. Nie jest „gazetą władzy”, więc w 2018 roku jego dziennikarka Jadwiga Hereta ujawniła, że prezes Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu (dziś przedstawiany w prasie jako Jarosław M.) w przetargu na budowę farmy fotowoltaicznej wybrał droższą ofertę lokalnej firmy zamiast tańszej z Gdańska. – Różnica była niebagatelna, bo wynosiła 2 miliony zł przy przetargu, którego wartość opiewała na 8,5 miliona – zaznacza Hereta. Dziennikarka podkreśla, że PGK to nie prywatna firma, ale spółka komunalna, w której miasto ma 100 proc. udziałów.

Po ukazaniu się tekstu rada nadzorcza spółki zawiesiła prezesa i złożyła zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Jednak prezydent Andrzej Wnuk odwołał radę nadzorczą, a nowa przywróciła prezesa. Niemniej w prokuraturze w Radomiu rozpoczęło się śledztwo, do którego włączane były kolejne nieprawidłowości odkrywane przez „TZ”.

Tymczasem autorka tekstów, redaktor naczelny i Wydawnictwo Zamojskie zostali pozwani za naruszenie dóbr osobistych. Co ciekawe, nie przez prezesa M., ale spółkę miejską. W dodatku spółka wystąpiła o zabezpieczenie w postaci zakazu publikacji na jej temat przez 11 miesięcy, a Sąd Okręgowy w Zamościu na takie zabezpieczenie się zgodził. Zaprotestowali dziennikarze w całym kraju. Jednego dnia w prawie 60 gazetach ukazały się wszystkie teksty „Tygodnika Zamojskiego” o PGK. W akcji „Cenzura nie przejdzie” wzięło udział 32 wydawców zrzeszonych w Stowarzyszeniu Gazet Lokalnych.

W 2021 r. sąd uznał jednak, że tygodnik naruszył dobre imię spółki. Po apelacji w maju 2022 r. wyrok został utrzymany. Sąd nakazał wydrukowanie przeprosin z wyrazami ubolewania, zapłacenie każdemu z pozwanych po 7 tys. zł na cel charytatywny oraz zwrot PGK kosztów postępowania apelacyjnego.

Sędziowie nie wzięli pod uwagę postępów śledztwa prokuratury, które sukcesywnie potwierdzało ustalenia dziennikarki „TZ”.

Wyrok jest prawomocny. – Będziemy się odwoływać, składać kasację do sądu najwyższego, a może i do Strasburga – zapowiada Jadwiga Hereta. Dziennikarka deklaruje, że „Tygodnik” nie przestanie patrzeć władzy na ręce, ma jednak teorię na temat swojej sprawy. – Taka reakcja spółki miejskiej i taki wyrok sądu, w naszym i nie tylko w naszym mniemaniu, ma charakter mrożący dla innych dziennikarzy i mediów lokalnych, żeby nie zadzierały z władzą – mówi.

Dobry dziennikarz to pozwany dziennikarz

Tę teorię potwierdza nierzadka praktyka tzw. SLAPP-ów (z ang. Strategic Lawsuits Against Public Participation), czyli strategicznych pozwów przeciwko partycypacji publicznej. Na czym to polega? Wyobraźmy sobie, że polityk lub korporacja łamią prawo albo robią coś, o czym nie powinna dowiedzieć się opinia publiczna. Ale dowiaduje się lokalny dziennikarz. Wtedy niestety skutecznym narzędziem bywa pozwanie go do sądu w oparciu o przepisy dotyczące ochrony dóbr osobistych. Chodzi o to, żeby zaangażować wszystkie moce redakcji w proces, zmuszając ją jednocześnie do ponoszenia kosztów albo po prostu przestraszyć dziennikarzy. – Czasami te pozwy nie są po to, żeby wygrać, tylko żeby zająć pozwanego – wyjaśnia Marzena Błaszczyk z Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska. Oczywiście łatwiej jest z małymi lokalnymi redakcjami niż z tymi dużymi, mającymi profesjonalną obsługę prawną.

W tej kwestii pojawiło się ostatnio światełko w tunelu, bo o znaczeniu i wolności mediów coraz więcej mówi się w Unii Europejskiej. Na ostateczne rezultaty pewnie poczekamy. Na razie pojawiły się zalecenia dla państw członkowskich, żeby usunąć procedurę karną w ściganiu za zniesławienie. W marcu tego roku Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie pozwania lokalnej gazety przez rosyjską jednostkę samorządu po raz pierwszy bezwarunkowo uznał, że podmiot władzy publicznej nie może korzystać z tego rodzaju instrumentów dla ochrony swojego dobrego imienia. – To na razie wyrok trybunału w Strasburgu, ale chcielibyśmy zaimplementować te rozwiązania do Polski – zapowiada Konrad Siemaszko.

Od przyszłego roku państwa UE będą miały obowiązek raportowania SLAPP-ów. – Na razie dysponujemy raportami organizacji, m.in. CASE. Wskazują one niedużą liczbę SLAPP-ów, co chyba oznacza, że były one skuteczne i uniemożliwiały nagłośnienie niektórych spraw – niewesoło konkluduje Marzena Błaszczyk. Tymczasem po pomoc można się zwrócić do CASE, czyli koalicji europejskich organizacji pozarządowych przeciwko SLAPP-om. Na stronie organizacji można znaleźć m.in. kancelarie specjalizujące się w takich sprawach.

Im więcej regulacji, tym więcej wolności

Czy jest jeszcze ratunek dla lokalnych mediów?

Krzysztof Jakubowski z FW przekazał propozycje od lubelskich dziennikarzy. Według nich w rozwiązaniu największych problemów pomogłyby: zakaz rejestracji tytułów dla samorządów, większy udział w zyskach z reklam internetowych (np. Google), odpis podatkowy na rzecz mediów. Dziennikarze chcieliby też mieć swój samorząd na wzór np. adwokackiego. Ich postulaty dotyczyły również poluzowania niektórych przepisów dla nadawców lokalnych (np. dotyczących ilości polskiej muzyki w stacjach radiowych).

W Radomsku nie ma jeszcze „gazety władzy” ale Andrzej Andrysiak obiecał sobie, że jeśli miasto zacznie ją wydawać, założy mu sprawę o nieuczciwą konkurencję. Jego zdaniem media samorządowe powinny zostać zakazane. – Urząd ma stronę internetową, media społecznościowe i BIP. Nie ma żadnego powodu, żeby korzystał z innych narzędzi – mówi prezes SGL. W zamian proponuje przepis zmuszający władze samorządowe do dystrybuowania ogłoszeń w prasie lokalnej na jasnych zasadach, np. według zasięgów.

Kilka tygodni temu jego stowarzyszenie zaproponowało, żeby rząd uruchomił programy dofinansowania rozwoju niezależnych mediów lokalnych, na podobnej zasadzie, jak sportu czy kultury. Andrysiak zwraca uwagę, że pieniądze publiczne już dofinansowują media – publiczne, ale także samorządowe. – To absurd, że gazety władzy są dofinansowane, a media najistotniejsze dla demokracji są tej pomocy pozbawione. Izba Wydawców Prasy przygotowała raport o podobnych rozwiązaniach w Europie. Takie programy działają w wielu krajach, niektóre od kilkudziesięciu lat. Zwykle jako dopłaty bezpośrednie lub poprzez różnego rodzaju fundusze na rozwój różnorodności, produkcję, modernizację, dystrybucję… – Ważne, żeby zasady były konkretne i jasne, żeby nie można było z programu wsparcia mediów lokalnych zrobić programu wsparcia mediów lokalnych konkretnej opcji – podkreśla prezes SGL.

O niezależności mediów mówi się w Polsce nie od dziś. Sprawy lex TVN, a przede wszystkim przejęcia Polska Press przez Orlen (choć dotyczy ona prasy regionalnej), na nowo pobudziły dyskusję o tym, czy władza powinna mieć własne media.

I pokazały coś jeszcze – że przy braku dobrej woli dotychczas obowiązujące przepisy nie działają. Potrzebne są bardzo szczegółowe regulacje, które nie pozostawią miejsca na dowolną interpretację. – Musimy się odwoływać do zasad konstytucyjnych i dyrektyw, a bardzo brakuje nam konkretnych mechanizmów i instytucji, które pozwalałyby nam bronić mediów lokalnych krytycznych wobec władzy – postuluje Cezary Węgliński, biorący udział w sprawie Polska Press z ramienia RPO. Jego zdaniem należy odejść od zbyt liberalnego postrzegania takich kwestii jak wolność słowa. Bo czy rzeczywiście to rynek decyduje, które medium przetrwa w małym miasteczku, gdzie dysproporcja sił i możliwości bywa tak wielka?

Na tę dyskusję, a nawet na działania, pozostaje coraz mniej czasu. – Za jakiś czas możemy nie mieć czego wspierać – alarmuje Lidia Matuszewska, która w Lesznie prowadzi portal internetowy oraz istniejącą od 32 lat gazetę. – Pieniądze ze sprzedaży z miesiąca na miesiąc są coraz mniejsze, dobijają nas ceny papieru i kolporterzy. Jeśli nie będzie działań, które pomogą niezależnej prasie lokalnej, to tej prasy po prostu nie będzie.


Konferencję zrealizowano w ramach projektu “Kryzys lokalnego dziennikarstwa w krajach grupy wyszehradzkiej i specyficzna rola gazet samorządowych w wywołaniu i pogłębianiu się tego kryzysu” wspieranego przez Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki.

Liderem projektu jest czeska organizacja Oživení, z.s, a partnerami węgierska Mérték Médiaelemző Műhely Közhasznú Nonprofit Kft. (Mertek Media Monitor), Sieć Obywatelska Watchdog Polska, Transparency International Słowacja.